Szukaj: w


recenzje

2012


2010, 2011, 2012...
Za trzy lata koniec świata...
Tak przynajmniej stwierdzili Majowie.
No trochę naciągany to fakt. Kto zresztą dokładniej zna sprawę „kalendarza Majów”, ten wie, że owa kwestia Armagedonu jest wybujała w takim samym stopniu jak raporty rządowe dotyczące postępów w organizacji Euro 2012. Cóż, nikt hollywoodzkiemu destruktorowi no.1, Rolandowi Emmerichowi, nie zabroni czerpać profitów z tego tytułu. Hołdując idei, „ambitne kino się nie sprzedaje, zróbmy więc coś spektakularnego”, reżyser ten po raz kolejny dał się porwać sensacji, w równym stopniu wciskającej w fotel swoją wizualnością, co odmóżdżającej niezmierną głupotą i naiwnością. Kto jak kto, ale twórca Dnia Niepodległości, Godzilli oraz Pojutrze - filmów nie szczędzących naszej planecie kataklizmów - miał do tego prawo. W takim samym stopniu miał prawo otoczyć się ludźmi, z którymi najlepiej wychodzi mu współpraca. Do takowych niewątpliwie należy Harald Kloser, kompozytor niemieckiego pochodzenia, o którym tak na dobrą sprawę stosunkowo niedawno świat usłyszał. Ni stąd ni zowąd, dokładnie 5 lat temu, zdemotywował on swoją pokrętną wizją muzyczną połowę fanów Obcego i Predatora, a pół roku później nie omieszkał zamknąć w ramach bezwyrazowości muzykę kina katastroficznego. Jakże srogo pomylili się krytycy filmowi przepowiadający wówczas rychły koniec kariery Austriaka. W sposób nie do końca dla mnie zrozumiały, wyczyny Klosera przypadły do gustu Rrolandowi Emmerichowi, co stało się początkiem trwającej po dziś dzień, bardzo ścisłej współpracy obu panów. Tak ścisłej, że kompozytor ten współtworzy nawet scenariusze do filmów Emmericha (swoje „pięć groszy” dorzucił m.in. do 10 000 B.C. oraz 2012)!

Poziom dialogów filmowych, jakie wychodzą spod pióra Klosera porównywalny jest do poziomu jego partytur. Cóż, to muzyczny „Everyman”, czerpiący pełną gębą z dokonań kolegów po fachu, za nic mający sobie intelektualny rozwój swojego warsztatu, nie wspomniawszy o dokładaniu się do dorobku całego gatunku muzyki filmowej. Talent kompozytorski Austriaka podważano już przy wielu okazjach. Nie ulega wątpliwości, że jest on produktem wtórnym Hollywood, rzemieślnikiem pozyskanym w wyniku recyklingu, którego wartość uwydatnia ino obecność u jego boku Thomasa Wandera, wyedukowanego muzyka i aranżera, bez którego Kloser zapewne nie byłby w stanie sprostać oczekiwaniom współczesnego widza nastawionego na rozrywkę. Skąd te śmiałe stwierdzenie? Wystarczy cofnąć się w czasie o jakąś dekadę i zmierzyć się z solowymi próbkami twórczości Haralda… Poza całkiem ciekawym 13th Floor, to istna kanonada absurdu... Kwestię kompetencji zawodowych obu panów pozostawmy otwartą, tym samym przejdźmy od razu do tego, co zainteresować nas powinno najbardziej.

2012 to kino katastroficzne. A takowe wymaga umiejętności w kreowaniu adekwatnej doń ilustracji muzycznej. Ilustracji zdecydowanej, wybijającej się sponad wszędobylskiego dźwięku walących się budowli, trzęsącej się ziemi i wrzeszczących tłumów stających oko w oko ze śmiercią. Polifonia jak najbardziej wskazana – niekiedy w zwartej lub kakofonicznej muzyce akcji, innym razem w patetycznej, heroicznej i prostej melodii. Coś, co David Arnold zrozumiałby bez problemu, dla Haralda Klosera i jego pomagiera staje się ciągle tematem poważnych wątpliwości. Szczerze powiedziawszy, ten brak pewności siebie, w momencie, gdy pierwszy raz miałem okazje zetknąć się z muzyką do 2012, niesamowicie mnie irytował. Choć rzemieślniczego, przepisanego z kart podręcznika, podejścia, Kloserowi i Wanderowi odmówić nie można, ścieżka dźwiękowa do 2012 jest bardzo anonimowa. Wspomniany wyżej literacki motyw „Everymana” idealnie odnajduje się w warsztacie Klosera i Wandera. Świecie tak ubogim w konwencję, że otwartym na wszelakie zewnętrzne sugestie. Nic dziwnego zatem, że muzycy ci zdają się doskonale odrabiać pracę domową, jaką zadali im hollywoodzcy koledzy po fachu. Kwestii oryginalności nie warto zatem w tym miejscu podejmować... W przeciwieństwie do estetyki, która to właśnie w większej mierze stanowi o „przyswajalności” 2012.

Duetowi kompozytorskiemu Kloser/Wander owa bylejakość intelektualna ich tworu w pewnym stopniu nawet się opłaciła. Konstruując prosty (by nie powiedzieć, że wręcz prostacki) temat przewodni, stworzyli sobie katalizator, przez który mogli przepuszczać większość popełnionych przez siebie utworów o zabarwieniu dramatycznym. Doskonałym przykładem całkiem dobrego wykorzystania tejże melodii jest jeden z bodaj najciekawszych kawałków, jakie znaleźć możemy na płycie, mianowicie Ashes in D.C.. Jeżeli gdziekolwiek na ścieżce dźwiękowej do 2012 mielibyśmy doszukiwać się doskonałego ilustratorskiego rzemiosła, to tylko tam. Dalej jest już tylko jedno wielkie pozoranctwo...

...które dopada słuchacza wraz z muzyką akcji - bardzo anonimową, a w tej anonimowości również pretensjonalną. Bo jak można inaczej nazwać utwory, które przypominają zorkiestrowany klik metronomu? Podobną „mielonkę” serwowali nam w co mniej ambitnych pracach Klaus Badelt oraz Harry Gregson Williams (choć śmiem również twierdzić, że aranżacje, zwłaszcza sampli stanowiących tło, wychodziły tym panom nieco lepiej). Odcinając się od absorbowania intelektu w proces asymilacji partytury Klosera i Wandera, może się okazać, że popełnili oni bardzo laicką, ale równocześnie przebojową ścieżkę akcji. O wiele bardziej atrakcyjną brzmieniowo (duża w tym zasługa całkiem ciekawych orkiestracji Roberta Elhai) aniżeli skonstruowana kilka lat wcześniej oprawa do obrazu Pojutrze, swoją drogą odwołującego się do innych, mniej widowiskowych wyobrażeń końca świata. Sekwencje ilustrujące ucieczkę bohaterów z pogrążonego w pożodze zniszczenia parku Wisconsin, a także Las Vegas, dają temu wiarę. Pojawiający się, szczególnie w ostatniej półgodzinie filmu, chór, przynajmniej w teorii sprawia, że ścieżka staje się bardziej dynamiczna i polifoniczna. Czemu w teorii? Ponieważ zarówno sfera wizualna jak i audytywna, w kilku ostatnich sekwencjach akcji, staje się tak jednolicie plastikowa i mdła, że aż krępująco nieznośna. Bynajmniej nie byłem jedyną osobą, która wtenczas wolała zerkać na swój zegarek, aniżeli ekran.

Patos? Jakże by mogło go tu zabraknąć? Przecież mówimy o muzyce do filmu Emmericha! Solowe trąbeczki na tle wybijającej rytm sekcji perkusyjnej, to stały element towarzyszący głównym bohaterom 2012. Wszystko w jak najbardziej oklepanej formie… Co jeszcze? Nie można zapomnieć również o promocyjnym aspekcie soundtracku, czyli piosenkach. Na pewnej płaszczyźnie formowania medium relatywnie odzwierciedlającego charakter muzyki słyszanej w filmie, mają one swoją rację bytu, jednakże sposób w jaki zaprezentowano na albumie kawałki It Ain't the End of the World i Fades Like a Photograph nie do końca do mnie przemawia. Jakiekolwiek zestawianie ze sobą fragmentów oryginalnej partytury z kontrastującymi zeń brzmieniowo i klimatycznie piosenkami kreuje we mnie przeświadczenie o wytrąceniu z jakiegoś muzycznego kontinuum.

Wytrącony raz, drugi... Chyba jednak nie będę wracał do tej ścieżki. Na pewno nie dla przyjemności. Za dużo w niej bowiem „bylejakości”. We współczesnym świecie, gdzie uniwersalizm i wszędobylska anonimowość w muzyce filmowej najzwyczajniej nuży, wolę chyba sięgnąć po coś, co przypomni mi dlaczego jeszcze tak dużo czasu poświęcam na poznawanie tego gatunku, a z całym szacunkiem dla twórczości Klosera, nie jest ona póki co elementem stymulującym ową ciekawość.



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1.  Time for Miracles [wyk.: Adam Lambert] (04:43)
  • 2.  Constellation (01:30)
  • 3.  Wisconsin (01:14)
  • 4.  U.S. Army (02:20)
  • 5.  Ready to Rumble (01:42)
  • 6.  Spirit of Santa Monica (01:21)
  • 7.  It Ain't the End of the World [wyk.: George Segal and Blu Mankuma] (02:52)
  • 8.  Great Kid (02:17)
  • 9.  Finding Charlie (01:45)
  • 10.  Run Daddy Run (01:14)
  • 11.  Stepping into the Darkness (01:35)
  • 12.  Leaving Las Vegas (01:44)
  • 13.  Ashes in D.C. (04:19)
  • 14.  We Are Taking the Bentley (03:43)
  • 15.  Nampan Plateau (02:51)
  • 16.  Saving Caesar (02:09)
  • 17.  Adrian's Speech (01:42)
  • 18.  Open the Gates! (02:16)
  • 19.  The Impact (01:49)
  • 20.  Suicide Mission (02:06)
  • 21.  2012 The End of the World (01:24)
  • 22.  Collision with Mount Everest (01:09)
  • 23.  The End Is Only the Beginning (05:44)
  • 24.  Fades Like a Photograph [wyk.: Filter] (04:19)
Czas trwania: 57:51
Komentarze
Ele 2009-12-23 14:12
Nic o Martinie Tillmanie? :(
Scorefan (Paweł) 2009-12-23 15:49
Podobne nicki na forum (szczegół). W każdym razie score bez rewelacji. Więcej jak 3 to nadużycie.
Wawrzyniec 2009-12-23 21:55
Według mnie wcale ten score nie jest taki tragiczny. Fakt nic nadzwyczajnego, ale w sumie jedna z lepszych prac Klosera, którą nawet da się słuchać. Zresztą moja opinia jest bardzo dobrze znana;) P.S. Czy Harald Kloser nie jest Austriakiem? Wiem, że pracował w Niemczech, ale dla mnie jest Austriakiem.
Troosty 2009-12-24 15:05
Recenzent z taką zapalczywością przystąpił do zjechania Klosera, że zapomniał o tym iż kompozytor ten jest Austriakiem a nie jak kilkakrotnie czytamy w recenzji Niemcem..
Madylon 2009-12-25 14:04
Kiepska recenzja
Jaszczur 2009-12-26 01:01
Ech, a pamiętacie muzykę Johna Williamsa do filmów katastroficznych? Można chyba powiedzieć, że to głównie na nich wypłynął. Szkoda mi dwóch rzeczy: że jego powrót do tego gatunku (Wojna Światów) nie był zbyt udany, oraz tego, że w muzyce do filmów katastroficznych od dawna nie powstało nic godnego uwagi :/
Marek 2009-12-26 12:30
Co do WOTW się nie zgodzę, ale z drugim twierdzeniem jak najbardziej - Williams, Goldsmith, Arnold... 2012 Klosera to obraza gatunku, chyba nigdy jeszcze score katastroficzny nie brzmiał tak płasko i prostacko. Słuchając tego koszmarku tęskniłem wręcz za The Day After Tomorrow, które było kiepskie jak cholera, ale przy 2012 wykazuje się jakimiś elementarnymi emocjami. A The 13th Floor to w zestawieniu dzieło z wysokiej półki wręcz. Nie wiem czy 2012 jest gorsze od beznadziejnego 10000BC, ale bardziej jałowego i nudniejszego wysokobudżetowego score nie potrafię sobie wyobrazić. Słuchać tego da się chyba tylko wyrzucając z pamięci cały dotychczasowy dorobek symfoniczny muzyki filmowej.
Freelander Dup 2009-12-29 23:55
Kiepski soundtrack,ale chyba kazdy przyzna,ze recenzja mimo wszystko jest tak durnie napisana,ze niewiem czy smiac sie czy plakac. Kto to jest ta Goska?
Thedelilahful 2010-01-01 20:43
Film...Szczerze, to czego się spodziewać po tym gatunku... Ścieżka dźwiękowa słaba, ale to też przypisuje się(przynajmniej ja)filmom katastroficznym
Mieszko 2013-07-17 00:50
Całkiem przyzwoity soundtrack.

Do tej recenzji istnieje jeszcze 7 komentarzy. Chcesz zobaczyć wszystkie?    » pokaż wszystkie
2012

Kompozytor:

  • Harald Kloser
  • Thomas Wander

Muzyka dodatkowa:

  • Marcus Trumpp

Dyrygent:

  • James Brett

Orkiestrator:

  • Marcus Trumpp
  • Robert Elhai
  • James Brett

Soliści:

  • Martin Tillman (wiolonczela)
  • Karen Han (erhu)

Wydawca:

  • RCA Records (2009)

Producent:

  • Harald Kloser
  • Thomas Wander

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2020 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie