Szukaj: w




12. Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie



Aż trudno uwierzyć, że to już 12 lat! Ale właśnie tyle ma Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie, który zaczynał na krakowskich Błoniach. W międzyczasie przeniósł się czasowo w industrialne klimaty nowohuckiej Ocynowni, aż zagościł na stałe w wielkich halach i arenach koncertowych. Aktualnie FMF (najczęściej używany skrót) jest jednym z najważniejszych miejsc dla miłośników muzyki filmowej w Europie, choć nie samotnym. I w tym też leży największe wyzwanie dla festiwalu, który nie jest już jedynym tego typu eventem, nie tylko w Europie, ale i samej Polsce, gdzie koncerty poświęcone muzyce z filmów stały się stałą częścią wydarzeń kulturowych. Jak poradzić sobie z narastającą konkurencją i być dalej atrakcyjną ofertą na rynku? Czy skupić się na wydarzeniach komercyjnych, czy też pójść w stronę alternatywną? To wyzwania przed jakimi stoi krakowski Festiwal Muzyki Filmowej. Jak poradził sobie z nimi w tym roku, przyjrzyjmy się najlepiej sami:



Cinema Chorale

Tegoroczny FMF rozpoczął się dość nietypowo, bo koncertem w całości chóralnym. Koncepcja piękna i chwalebna. Co roku chóry znajdowały się nieco na marginesie festiwalu, pojawiały się sporadycznie, a przecież muzyka filmowa oferuje tyle wspaniałej muzyki w tym zakresie. Oto więc pojawił się koncert, współorganizowany przez Soundtracks Live (dyrektor artystyczny: Mikael Carlsson), który mógł wreszcie muzyce chóralnej oddać sprawiedliwość i złożyć należny hołd. Czy jednak istotnie tak było? Odczucia, jakkolwiek pozytywne, pozostawiają kilka wątpliwości.

Pierwsze, co zwróciło na siebie uwagę to dość specyficznie ułożony program. Praktycznie co trzeci grany utwór nie pochodził spod ręki kompozytora filmowego, a był dziełem pochodzącym spoza tego medium. Owszem, wszystkie kawałki były w filmach wykorzystywane – usłyszeliśmy zatem My Heart’s in the Highlands Arvo Pärta, Im Abendrot Mahlera, I Lie Davida Langa oraz słynne Adagio Barbera. Utwory niewątpliwie piękne - szczególnie ten pierwszy, prześlicznie wykonany dialog sopranu oraz organów, był jednym z highlightów koncertu. Ciężko jednak nie odnieść wrażenia, że nie do końca tego się spodziewaliśmy. Przyszliśmy wszak na koncert muzyki filmowej, w domyśle przede wszystkim tej oryginalnie napisanej, a tej przecież do wyboru jest niemało. Zamiast tego jedna trzecia koncertu była wypchana szlagierami muzyki poważnej. Abstrahując więc od względów czysto estetycznych (pozytywnych wszakże), należy zwrócić uwagę, że trochę to zaprzepaściło szansę na wypromowanie większej ilości chóralnej muzyki filmowej. Przypieczętowaniem tego był zresztą bis, w ramach którego zaśpiewano… Bogurodzicę. Doprawdy osobliwy wybór.

Część typowo muzyczno-filmowa prezentowała się dla fanów już znacznie okazalej, choć i tu nie obyło się bez wyborów kontrowersyjnych. Koncert rozpoczął się od Agnus Dei Kilara z Króla ostatnich dni – pięknego, medytacyjnego utworu, dobrze nastrajającego na resztę koncertu. Nasuwa się jednak pytanie, dlaczego nie zaśpiewano Gloria z tejże samej ścieżki dźwiękowej, będącą wszakże jednym z kilarowskich hitów? Szkoda. Zupełnie słusznie pojawiło się nazwisko Morricone – z całego, bogatego dorobku Włocha wybrano jednak dość już oklepaną Misję. Co bardziej zastanawiające, zamiast wykorzystać któryś ze wspaniałych kawałków chóralnych napisanych do tego filmu (chociażby Vita Nostra!), zaśpiewano Angele Dei, czyli chóralny aranż… Gabriel’s Oboe. To jest już jednak może czepialstwo, gdyż piękny temat bez wątpienia wybrzmiał z należną mu wdzięcznością i poruszył niejedno obecne w kościele św. Katarzyny serce. Podobnie można się wypowiedzieć o niewątpliwych highlightach wtorkowego wieczoru – utworach Patricka Doyle’a oraz Michaela Kamena. Tego pierwszego usłyszeliśmy piękne Libera Me z Życia Carlita oraz wspaniałe Non Nobis, Domine z Henryka V. Z kolei z repertuary amerykańskiego kompozytora mogliśmy usłyszeć nastrojową, czysto chóralną aranżację tematu z Kompanii braci. Perełki. Klimatu dopełnił piękny chorał z Za linią wroga Dona Davisa. Hitem koncertu miała być muzyka z Pana od muzyki Bruno Coulais (który niestety nie dotarł na festiwal osobiście). Niestety potencjał tej muzyki nie został w pełni wykorzystany – aranżacje utworów w oryginale śpiewanych przez chłopców na dorosły chór mieszany nieco odarły to dzieło z magii i entuzjazmu, a piękne In Memoriam zostało wykonane w zdecydowanie za szybkim tempie, przez co straciło na nastrojowości.

Mimo wszystkich tych szkopułów, koncert był udany. Można psioczyć na wybór utworów, na zbyt dużą ilość muzyki poważnej – to jednak nie zmienia faktu, że słuchacze mogli posłuchać pięknej muzyki w (przeważnie) należnym wykonaniu. Ale przede wszystkim jest to krok w dobrą stronę, jeśli chodzi o promowanie muzyki chóralnej na festiwalu i miejmy nadzieję, że w następnych edycjach organizatorzy pójdą za ciosem i rozwiną tę ideę.

Relacja: Daniel Krause

Dracula (1992) Live in Concert



O problemach związanych ze ścieżką dźwiękową do Draculi Wojciecha Kilara, jego redakcyjny imiennik pisał aż nadto obszernie. Dość powiedzieć, że to, co znalazło się w filmie i na oficjalnym albumie jest w równym stopniu efektem pracy kompozytora, jak i montażystów (z czego ten pierwszy był bardzo niezadowolony). Score powstały w takiej formie mógłby stworzyć cały szereg problemów – wszak wiele scen zostało zilustrowanych sklejką dwóch, trzech, a nawet czasem czterech różnych utworów Kilara, czasem nałożonych na siebie równocześnie, a czasem przechodzących z jednego w drugi, co bliższe jest filozofii powstania muzyki pop niż klasycznej, w jakiej trenowany był kompozytor.

Niemniej jednak znakomite aranże Thomasa Bryły i warsztat Dona Davisa, który dyrygował koncertem, wykazały, że taka forma score’u może być wykonywana na żywo. Nie oznacza to, że obeszło się bez jakichkolwiek problemów. W scenie wyjazdu Harkera, jedna ze wspomnianych sklejek wywołała dziwne wrażenie przesunięcia akcentu w utworze Vampire Hunter z pierwszej miary na trzecią. Kłopotliwe okazały się również rzeczy nietknięte przez montaż – partie dęciaków w prologu i paru innych miejscach bez dwóch zdań stanowiły wyzwanie dla nawet tak dobrych wykonawców, jak Orkiestra Akademii Beethovenowskiej.

Pomijając jednak wspomniane wyżej drobnostki, wykonanie nie pozostawiało wiele do życzenia. Synchronizacja z obrazem była wręcz perfekcyjna, a brzmienie chóru prawdopodobnie napawałoby dumą samego twórcę muzyki. Jak zresztą Davis przyznał na piątkowym panelu dotyczącymi muzyki chóralnej, te partie uważał za najlepsze w scorze i sprawiły mu one najwięcej frajdy podczas dyrygowania. Fantastycznie poprowadzone były również wszelkie kulminacyjne atonalne crescenda, które w wykonaniu Davisa nabierały iście matriksowego rozmachu. Raz jeszcze należy podkreślić fantastyczne opracowanie partytury na koncert symultaniczny – pomijając uporanie się z problemami narzuconymi przez montaż i spotting tej muzyki w filmie, na szczególną uwagę zasługuje aranżacja elementów elektronicznych. Jednym z nich była “kołysanka” Lucy, gdzie w oryginale wokal został mocno obrobiony w postprodukcji, żeby uzyskać brzmienie kojarzące się z B-klasowymi horrorami i filmami sci-fi z lat 50-tych i 60-tych, tutaj elektronika został zostąpiona poprzez dodanie do wokalu Anny Zawiszy flażoletów granych na altówce i wiolonczeli. Kolejnym imponującym przedsięwzięciem było wykonanie Love song for a Vampirew całości przez akustyczne instrumenty znajdujące się w składzie klasycznej orkiestry symfonicznej – na szczególną uwagę zasługiwało akustyczne imitowanie typowej dla muzyki pop tamtego okresu partii perkusji. W koncertowej aranżacji zyskała również suita przygotowana pod napisy końcowej, dzięki pominięciu tematu Lucy i wyeksponowaniu tematów z prologu i Vampire Hunters

Relacja: Wojciech Wieczorek

Scoring4Polish Directors



Swego rodzaju tradycją stało się, że jeden wieczór festiwalowy poświęcony jest polskim twórcom – zarówno muzycznym, jak i filmowym. Czwartkowa noc stała więc pod znakiem gali Scoring4Polish Directors, gdzie motywem przewodnim była muzyka do filmów Krzysztofa Zanussiego. Reżyser oraz licznie zgromadzona w ICE audytorium, mieli okazję usłyszeć niebanalne i najczęściej premierowo wykonywane fragmenty ścieżek dźwiękowych Wojciecha Kilara do Iluminacji, Bilansu kwartalnego, Kontraktu, Cwału, Czarnego słońca, Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest oraz Obcego ciała. Po krótkiej przerwie wszystkich zaskoczyły nośne, jazzowe fragmenty oprawy do Obywatela Jonesa. Trio Masecki, Młynarski i Rogiewicz skradło chwilowo całe show, zbierając gromkie brawa za swoją wirtuozerską grę. Dosyć blado wypadła przy tym muzyka ilustracyjna Antoniego Komasy-Łazarkiewicza, która wybrzmiała po tym energetycznym wstępie. Chwila marazmu miała zostać przerwana czymś, na co czekaliśmy od wielu miesięcy.

Jeszcze na długo przed rozpoczęciem dwunastej edycji FMF, wiadomym było, że na gali Scoring4Polish Directors przyznane zostaną pierwsze w historii wyróżnienia za najlepszą, polską ścieżkę dźwiękową roku. W tym celu skompletowano obszerne jury składające się z 50 redaktorów branżowych – w tym również piszących na portalu FilmMusic.pl. Ja i Paweł Stroiński stanęliśmy więc przed niełatwym zadaniem wyłonienia swoich faworytów spośród dziesięciu kandydatów. Już w tym miejscu należy podkreślić, że cały proces przygotowawczy materiałów promocyjnych nie do końca organizatorom wyszedł. Na ręce jury trafiały najczęściej jakieś nieuporządkowane strzępki ścieżek dźwiękowych. Mało tego. Z dziesięciu nominowanych tylko jedna jakkolwiek była znana, ponieważ została wcześniej wydana w formie soundtracku. W dosadny sposób nie omieszkał wspomnieć o tym Robert Piaskowski, ogłaszając zwycięzcę plebiscytu. A jeżeli o takowym mowa, to przypomnijmy – nagroda trafiła do Bartosza Chajdeckiego za porywającą i eklektycznie skonstruowaną oprawę muzyczną do serialu Kruk. I fragmenty takowej wykonano w finalnym akcie gali. Ot zaskakujący przypadek. ;) Szkoda tylko, że pozostałych nominowanych nie przedstawiono zgromadzonemu na sali audytorium. Wyświetlana przez kilka sekund na ekranie, lista nazwisk, to jednak za mało. Ostatecznie jednak nie można złego słowa powiedzieć o gali, jako koncercie. Wykonanie AUKSO pod dyrekcją Marka Mosia nie pozostawiało większych obiekcji. Aczkolwiek bardziej niż wykonawstwo uwagę skupiała treść muzyczna, której żywota pozafilmowego, soundtrackowego, próżno szukać na naszym rynku fonograficznym.



Relacja: Tomasz Goska

Disney in Concert: The Magic of Music



Czwarty dzień festiwalu skierowany był do młodszych słuchaczy, choć i pewnie ci starsi mogli znowu poczuć się młodo. Koncert Disneya: Magia Muzyki nie jest pierwszą tego typu galą, gdzie polscy wykonawcy wykonują najsłynniejsze piosenki do filmów animowanych. Jedynie z tą różnicą, że podczas ostatniej gali poświęconej muzyce z animacji udało się zachować dobrą równowagę między piosenkami, a ścieżkami dźwiękowymi. W tym roku jednak koncert skupiony był prawie wyłącznie na piosenkach z animacji Disney'a wykonywanych po polsku przez takich artystów jak Amelia Andryszczyk, Marcin Jajkiewicz, Katarzyna Łaska, Natalia Nykiel, Antet Scardina, Michał Szpak i Magdalena Wasylik.

Pomijając oczywistą przerwę, koncert można było podzielić na piosenki z dwóch epok Disney'a. Z jednej strona te z klasycznych animacji z przełomu lat 80-tych i 90-tych, jak Mała Syrenka, Piękna i Bestia, Aladyn, Pocahontas, czy Dzwonnik z Notre Dame, Mulan. Z drugiej utwory do współczesnych komputerowych animacji jak Coco, Zaplątani, Vaiana, czy oczywiście słynne Mam tę moc z Krainy Lodu, w trakcie którego publiczność oczywiście oszalała.
Trudno jednoznacznie ocenić występy poszczególnych artystów, zważywszy na typowe już nagłośnienie z Tauron Arena. U nas w redakcji, każdy w zależności od miejsca siedzącego inaczej je oceniał. Skoncentrowanie się prawie wyłącznie na utworach śpiewanych też nie było do końca dobre i wspomniany miks między muzyką instrumentalną, a piosenkami byłby lepszym wyborem. Tym bardziej, że większość tych filmów posiada naprawdę świetne ścieżki dźwiękowe. Można się o tym było przekonać, kiedy pod koniec zagrano piosenki z Króla Lwa, w które wpleciono i muzykę Hansa Zimmera. Niestety pozostał też pewien techniczny zgrzyt. To, że obraz na ogromnym telebimie nie raz nie współgra z tym co gra orkiestra, jest raczej rzeczą normalną podczas tego typu imprez. Mimo wszystko moment, kiedy w tle widzi się śmierć Mufasy, a orkiestra gra wesołe melodie, nie był zbytnio taktowny. Dość głośno wyraziło to sporo osób, w tym oburzonych rodziców, którzy całe swe dzieciństwo musieli się zmagać z tę traumą.

Mimo wszystko krytykowanie tego typu koncertów można porównać do sytuacji, kiedy do bawiących się dzieci dopychają się dorośli i zaczynają wybrzydzać i rzucać jakimiś dziwnymi uwagami. Koncert ten był w pierwszej linii skierowany do najmłodszych słuchaczy i po ich rekcjach należy wnioskować, że był on udany.

Relacja: Maciej Wawrzyniec Olech

Birdman (2014) Live in Concert



Już podczas ogłoszenia programu ten koncert miał prawo wywoływać największe zdziwienie, czy wręcz kontrowersje. Pokaz nagrodzonego Oscarami filmu Birdman Alejandra Gonzáleza Iñárritu z muzyką na żywo brzmiał tak abstrakcyjnie, że aż intrygująco. Głównie dlatego, że na score poza muzyką źródłową składa się wyłącznie dźwięk perkusji wygrywanej przez Antonio Sancheza. I właśnie tak wyglądał ten symultaniczny koncert, gdzie poza ogromnym ekranie na scenie znalazła się perkusja, przed którą znajdował się mniejszy ekran. To właśnie na nim Antonio Sanchez też na żywo oglądał film, aby wiedzieć kiedy wejść ze swoimi partiami na perkusję. Jeszcze przed rozpoczęciem się projekcji sympatyczny muzyk dokładnie opowiedział jak został zaangażowany do tego filmu. Co więcej powiedział, że podobnie jak podczas komponowania do niego, tak i podczas tego koncertu będzie improwizował względem tego co będzie widział przed sobą na małym ekranie. Tym samym koncert ten był przeżyciem jedynym w swoim rodzaju. Gdyż jeżeli Antonio Sanchez miałby zagrać podobny koncert w przyszłości, to zważywszy, że na tym improwizował, to ten drugi już nie będzie taki sam.

Ci którzy znają dobrze Birdmana, wiedzą, że partii perkusyjnych nie ma w nim tak dużo i sporą rolę odgrywa też muzyka źródłowa. Dlatego też Antonio Sanchez mógł robić spore przerwy. Ale za to na sam koniec dał niesamowity popis swoich umiejętności. Mimo że napisy końcowe się już dawno skończyły, kompozytor-muzyk-perkusista przez kolejne 15, jak nie więcej minut, wyciskał ze swojego instrumentu ostatnie poty. Cały koncert był niezwykle oryginalnym i ciekawym przeżyciem, przerwanym chwilowo przez grupkę pijanych osób, które na szczęście szybko zostały wyprowadzone z sali. Mimo jednak tego incydentu, przy całym sceptycyzmie związanym z tego typu koncertem, należy uznać go udanych i jakże oryginalnych.



Relacja: Maciej Wawrzyniec Olech

The Magic and Majesty of Alexandre Desplat



Alexandre Desplat – jedno z najgorętszych obecnie nazwisk w branży kinematograficznej, obsypywany nagrodami kompozytor, w tym Oscarami, trafia z monograficznym koncertem do Krakowa, na jeden z największych festiwali muzyki filmowej na świecie – FMF. Niedziwne zatem, że bilety na The Magic and Majesty of Alexandre Desplat wyprzedały się na dobre kilka tygodni przed występem.

Wieczór rozpoczął się od bombastycznej i energicznej suity z filmu Valerian i Miasto Tysiąca Planet, która w zamierzeniu miała zapewne rozgrzać zarówno zgromadzone w Centrum Kongresowym ICE Kraków audytorium, jak i prowadzonych przez Desplata filharmoników. Przyznam się szczerze, że nigdy nie byłem fanem muzyki akcji Francuza, zawsze wydała mi się bez kontekstu zbyt sucha i paradoksalnie nudnawa, a doświadczenie koncertowe tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Ostateczny efekt został jednak osiągnięty – publiczność nagrodziła gromkimi brawami muzykę z superprodukcji Luca Bessona i już nie mogła się doczekać kolejnych utworów przygotowanych przez Maestro.

Chwilę później Desplat zaprezentował jeden ze swoich niefilmowych utworów, napisaną w 2013 roku Symfonię na flet i orkiestrę - Peleas i Melizanda. Kompozycja, bardziej zbliżona do dzieł muzyki poważnej niż filmowej, także poprzez swoje gabaryty (ponad 20 minut), mogła się okazać niełatwa, zwłaszcza dla tych, którzy do krakowskiej sali trafili po to, aby posłuchać pięknych melodii Francuza. Jednak nawet jeśli dla kogoś Symfonia na flet i orkiestrę Peleas i Melizanda okazała się nieco zbyt wymagająca, to maestro wynagrodził to wszystkim, serwując następnie jeden ze swoich najsłynniejszych utworów - Griet's Theme z Dziewczyny z perłą. Przyznam się szczerze, że wykonanie live urzekło mniej bardziej, niż kiedykolwiek ten sam utwór w domowym zaciszu. Pierwszą część koncertu zakończył nie mniej znakomity temat z Gry tajemnic, zagrany z dużym wyczuciem i klasą.

Po 20 minutach publiczność wróciła na swoje miejsca odsłuchać drugą część koncertu. Ta jednak nastręczyła pewnych problemów organizacyjnych. O ile spóźnienie harfistki, która nie dotarła na swoje miejsce przed rozpoczęciem odgrywania tematu głównego z Jak zostać królem można było jeszcze obrócić w żart, co też sam Desplat uczynił, wskazując na nią po wykonaniu, o tyle na to, co nastąpiło później, należy już spuścić zasłonę milczenia. Gdy maestro i widownia byli już gotowi przejść do kolejnych utworów, na scenie pojawili się konferansjerzy, wywołując niezadowolenie zarówno wśród słuchaczy, jak i ewidentnie także u samego maestro. Po odczytaniu litanii sponsorów, Desplat z klasą pożegnał nieproszoną parę i wrócił za dyrygencki pulpit. Po tym sporym zamieszaniu zastanawiałem się, czy dyrygent i orkiestra nie będą nazbyt rozkojarzeni, aby móc z precyzją wykonać kolejne kompozycje. Na szczęście obawy był bezpodstawne.

Tymczasem koncert wchodził w swoją najbardziej reprezentatywną część, bo właśnie wtedy usłyszeliśmy znakomite tematy z filmów Autor widmo, Kształt wody oraz Idy marcowe. Zwłaszcza ostatni z tych utworów orkiestra wykonała z prawdziwą werwą i energią. Koncert zakończyła obszerna prezentacja muzyki z dylogii Insygniów śmierci, jednak podobnie jak w przypadku suity z filmu Bessona, tak i tutaj muzyka wydała mi się odrobinę zbyt surowa i, pomimo swojej dynamiki, w jakiś sposób nużąca. Z pomocą przyszły jednak bisy - tematy z nagrodzonego Oscarem Grand Budapest Hotel i Wenus w futrze, na potrzeby których na scenie pojawił się specjalny zespół wykonawców, okazały się prawdziwą gratką i zarazem niespodzianką dla widowni. Było to świetne zakończenie koncertu, które pozwoliło słuchaczom opuścić salę z otwartym umysłem i nutką satysfakcji.

Nie żałuję ani chwili spędzonej tego wieczoru w Centrum Kongresowym ICE Kraków. Warto było tam być z trzech powodów: dla muzyki Desplata, jego scenicznej klasy oraz... formuły koncertu. W moim odczuciu, to właśnie koncerty monograficzne pozwalają słuchaczowi przeniknąć w głąb prezentowanej muzyki, zrozumieć twórcę, który za pomocą nut i swoich utworów, bez słów, próbuje opowiedzieć coś o sobie i swojej muzyce. I tak właśnie było tego dnia. Dlatego nawet jeśli miałem obiekcje, co do suit z Valeriana i Miasta Tysiąca planet i Insygniów śmierci, to wcale nie jest tożsame z tym, że były to fragmenty niepotrzebne i nieciekawe, bo to właśnie dzięki nim można było spojrzeć szerzej na twórczość tego cenionego kompozytora. Obyśmy w przyszłości mogli podziwiać inne tego typu eventy.

Relacja: Dominik Chomiczewski

Dance2Cinema: Tarantino Unchained

Festiwal Muzyki Filmowej to nie tylko koncerty w wielkich halach koncertowych, ale także okazja do tańca na parkiecie. Zapoczątkowana dwa lata temu idea Dance2Cinema podczas której goście mogą wstać i zacząć tańczyć, tym razem skoncentrowała się na piosenkach i utworów z filmów Quentina Tarantino. Wszystko odbywało się na najwyższym piętrze Centrum Kongresowego ICE Kraków, we współpracy z Międzynarodowym Festiwalem Muzyki Filmowej na Teneryfie (FILMUCITE). I tak też na scenie pojawił się zespół z Półwyspu Iberyjskiego, gdzie w nawiązaniu kontaktu z widownią pomagali Anna Karwan i Damian Ukeje. Po początkowej niepewności ze strony widowni, szybko udało się ją rozruszać grając, klasyki z filmów od Pulp Fiction, po Django Unchained. Był to bardzo dobry koncert, czy też bardziej impreza, podczas której gości mieli okazję się wyszaleć do filmowych rytmów.

Relacja: Maciej Wawrzyniec Olech

Cinematic Piano: Traffic Quintet Plays Alexandre Desplat

Pewną nową tradycją krakowskiego festiwalu stały się bardziej kameralne koncerty poświęcone muzyce filmowej. W tym roku w Teatrze im. Juliusza Słowackiego odbył się szczególny koncert poświęcony twórczości Alexandre’a Desplata z udziałem słynnego francuskiego kompozytora, ale tym razem w roli jednego z muzyków, a nie dyrygenta. Towarzyszył mu nieduży pięcioosobowy skład muzyków, którymi dyrygowała Dominique Lemonnier, pseudonim artystyczny "Solrey", prywatnie żona kompozytora. Mieli oni zagrać kilka bardziej i mniej znanych utworów Francuza w nowych kameralnych aranżacjach. Zaś w tle na ekranie ukazywać się miały specjalnie stworzone przez "Solrey" wizualizacje Paryża. I wszystko to się odbyło, ale raczej nie z tego powodu ten koncert zostanie zapamiętany. Szczególnie po sobotnim koncercie Desplata nikt się nie spodziewał, że ten sympatyczny kompozytor niczym Doktor Jekyll i Pan Hyde stworzy napięcie i poczucie zagrożenia niczym sam Alfred Hitchcock!

Już na samym początku ktoś w teatrze popełnił błąd i nie wyłączył górnego światła na sceną. Skutkiem tego nie tylko materiał filmowy w tle był niewidoczny, ale też jedna z muzyków, nie mogła widzieć swoich nut przez zbyt mocne i odbijające się światło. Alexandre Desplat najpierw wstał ze swojego miejsca świecąc latarką ze swojego telefonu komórkowego, jakby chciał dać znak, że coś jest nie tak. Jednak kiedy to nie poskutkowało, kazał wstrzymać się swoim muzykom i poprosił o zgaszenia światła, co też się stało. Mimo wszystko już można było dostrzec, że kompozytor nie był w najlepszym nastroju. Nie poprawił go też fakt, że niektórzy goście nagrywali ten koncert, bądź robili zdjęcia swoimi telefonami komórkowymi, na co zwrócił uwagę dwukrotny zdobywca Oscara, przemawiając do jednego z nich, aby nie filmował. W sumie kolejna zrozumiała sytuacja i rzeczywiście takie zachowanie może irytować muzyków. Jednak od tego momentu atmosfera na sali była tak gęsta, że można było ją kroić nożem. Nagle w trakcie koncertu sam Alexandre Desplat wyciągnął swój telefon komórkowy i uniósł go najwyżej jak się dało i sam zaczął nagrywać swój koncert, nawet nie odwracając się w stronę publiczności. Czy zwykłe nagrywanie do celów archiwalnych, czy też pewnego rodzaju zachowanie na pokaz? Trudno powiedzieć, ale na pewno niejednemu na sali zamarło serce, kiedy nagle dało się gdzieś usłyszeć dzwoniący telefon. Na szczęście, też dla owej osoby, która powinna jednak wiedzieć, aby wyciszyć telefon na czas koncertu, francuski kompozytor nie zareagował, albo nie dał po sobie tego poznać.
Jeżeli chodzi o wykonanie był to na pewno bardzo ładny koncert, gdzie też wyświetlany w tle film ładnie współgrał z tym co mały skład muzyków wygrywał. Jednak pewnie większość zapamięta go, jak ten, podczas którego Alexandre Desplat nie miał swojego najlepszego dnia.

Relacja: Maciej Wawrzyniec Olech

FMF Gala: The Glamorous Show



12 Festiwal Muzyki Filmowej jak co roku zwieńczyła uroczysta gala muzyki filmowej. Uroczysta ponieważ to podczas jej wręczono Nagrodę im. Wojciecha Kilara. Jej laureatem został Craig Armstrong, urodzony w Glasgow kompozytor. I to jemu zadedykowano program niedzielnego koncertu. Tym razem ekonomiczne, bo raptem dwugodzinne show pomieściło twórczość Baza Luhrmanna, australijskiego wizjonera, dla którego Armstrong skomponował muzykę. A zatem w Tauron Arenie zabrzmiały tematy do Romea i Julii, Moulin Rouge oraz Wielkiego Gatsby’ego. Muzykę do nich wykonała orkiestra pod batutą Krzysztofa Herdzina w towarzystwie gwiazd polskiej sceny muzycznej, takich jak Natalia Nykiel oraz Maria Sadowska. I trzeba przyznać, że był to występ na miarę krzykliwych i wirujących kadrów z filmów Luhrmanna. Wokalistom towarzyszyli tancerze, z sufitu sypało się confetti, a dynamika z jaką artyści zmieniali kreacje i stylistykę mogła przyprawić o zawrót głowy. Wisienką na torcie tego wieczoru była suita z To właśnie miłość, w której za fortepianem zasiadł sam Craig Armstrong, wygrywając znajome tematy, w być może mało znanej formie, bowiem sam album ze scorem do filmu nigdy nie został wydany. Jednak podobnie jak w przypadku Disney in Concert i tutaj postawiony został większy nacisk na utwory śpiewane, niż te wykonywane przez samą orkiestrę. Gdzie znowu bardziej równy podział na piosenki i score pewnie byłby lepszym rozwiązaniem.

Relacja: Tomasz Ludward

Forum Audiowizualne FMF - Spotkania z artystami i panele dyskusyjne


Redakcja FilmMusic.pl i Atanas Valkov przed koncertem Scoring4PolishDirectors

Jak co roku poza koncertami, miłośnicy muzyki filmowej mogli wziąć udział w licznych panelach jej poświęconej. Trzeba przyznać, że w tym roku program był wyjątkowo napięty i właściwie cały czas coś się działo w Centrum Festiwalowym w Pałacu Krzysztofory. Jak ktoś chciał wziąć udział we wszystkich panelach dyskusyjnych, spotkaniach z kompozytorach, do tego jeszcze odwiedzić specjalnie utworzone pod Wawelem Miasteczko Festiwalowe i naturalnie być na wszystkich koncertach, to o normalnym egzystowaniu, jedzeniu i piciu mógł zapomnieć. Ale dobrze - od przybytku głowa nie boli, a i sami miłośnicy muzyki filmowej mieli z czego wybierać. Wśród ciekawych paneli na pewno należy zaliczyć ten poświęcony koncertowi Draculi, który prowadził niezawodny Robert Townson. Ciekawa była również dyskusja o chórze w muzyce filmowej, w której wzięli udział Don Davis, Bartosz Chajdecki i Mikael Carlsson. Zaś podczas panelu The Rewards of Awards: Golden Globes, BAFTA's Oscars Ray Costa pozwolił nam trochę poznać tajniki branży muzyki filmowej i form jej promowania.

Jednak panelem, który najbardziej pozostał nam w pamięci był Polska Ścieżka Dźwiękowa Roku - dyskusja o nominowanych kompozycjach i to niekoniecznie z samych dobrych względów.
Podczas tegorocznego Festiwalu Muzyki w Filmowej w Krakowie została po raz pierwszy wręczona nagroda za najlepszą Polską Ścieżkę Dźwiękową Roku. Idea tej nagrody jest najbardziej słuszna, mając dobrze w pamięci jak podczas Polskich Nagród Filmowych / Orłów nagradzani byli nieżyjący kompozytorzy, nie raz za muzykę nie mającą nic wspólnego z muzyką filmową. Tak też ta nagroda miała zmienić postrzeganie muzyki filmowej w Polsce. Jednak sam panel tyko uświadomił nas jak wiele jest jeszcze do zrobienia w tej materii. Już na samym początku połowa z dziesięciu nominowanych kompozytorów w ogóle się na nim nie pojawiła. Byli za to też dziennikarze muzyczni jak i osoby wchodzące w skład jury wyłaniającego najlepszą ścieżką. Zgrzyt pojawił się na samym początku, kiedy nominowany Bartosz Chajdecki podważył ideę samej tej nagrody, zwracając między innymi uwagę, że jego nominowana muzyka wcale nie została wydana. Przez cały panel również nominowany Atanas Valkov starał się łagodzić sytuację, ale szybko dało się wyczuć podział między kompozytorami, a dziennikarzami. Tym bardziej, że ci drudzy sami mieli problemy z powiedzeniem, czym jest muzyka filmowa i jak należy ją oceniać. Podczas pytań od publiczności od nas z redakcji Maciej Wawrzyniec Olech i Tomasz Ludward zabrali głos i starali się wytłumaczyć jak należy podejść do tych podstawowych pytań.



Co ciekawe tak mocno krytyczny podczas tego panelu Bartosz Chajdecki został później podczas gali Scoring4Polish Directors nagrodzony z Najlepszą Ścieżkę Dźwiękową do serialu Kruk. Szepty słychać po zmroku. Jednak ten panel dyskusyjny uświadomił nas, że jednak jeszcze daleka droga do zrozumienia w Polsce, czym jest muzyka filmowa, jak ważną rolę ona odgrywa i jak należy do niej podchodzić i ją oceniać.

Relacja: Maciej Wawrzyniec Olech

O ile rok temu byliśmy trochę zaniepokojeni przyszłością Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie i jak poradzi on sobie z narastającą konkurencją ze strony podobnych wydarzeń. O tyle po tej już dwunastej edycji musimy przyznać, że organizatorom udało się stworzyć ciekawy balans między komercyjnym, a artystycznym podejściem. Czego najlepszym przykładem był niezwykle zróżnicowany program, gdzie właściwie każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Ale i tak w pierwszej linii ten festiwal zostanie zapamiętany przez piękny koncert Alexandre Desplata. Zaproszenie tak wielkiego nazwiska jest naprawdę sporym i prestiżowym osiągnięciem i liczymy, że w przyszłości poza Galami kontynuowane będą koncerty monograficzne.
Te kilka dni w Krakowie minęło niezwykle szybko, co tylko świadczy o tym, jakże udana była to edycja. I choć tradycyjnie można mieć parę uwag, to jednak cieszymy się jak ten FMF wypadł. I nie chcąc być przesądnymi, liczymy, że trzynasta edycja będzie równie udana.

A na koniec krótki fragment z próby przed kończącym festiwal koncertem FMF Gala: The Glamourous Show. Craig Armstrong na pianinie gra muzykę z To właśnie miłość:



Autor artykułu:  Maciej Wawrzyniec Olech
Komentarze
pawel 2019-05-29 13:04
Bezmózga hołota chodząca na koncerty i nagrywająca je smartfonami od razu powinna być wyrzucana za drzwi...
Zibi 2019-05-29 17:35
Może mi ktoś łaskawie wyjaśnić o co chodziło z biletami na koncert Desplata? Od początku rozprowadzania na Eventim widniał zapis - "bilety chwilowo niedostępne". Tak samo było w Empiku gdzie najczęściej kupuję bilety. Do dnia koncertu nic się nie zmieniło. Napisałem do organizatorów i mnie olano nie zaszczycając jakąkolwiek odpowiedzią. Tak się wkurzyłem, że po raz pierwszy od lat zbojkotowałem festiwal... Czyży te bliety jak za komuny były dostępne jedynie dla "lepszego sortu"?

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2019 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie