Szukaj: w


recenzje

Hellboy II: The Golden Army (Hellboy: Złota Armia)


Elfman w natarciu. W ciągu ostatnich paru miesięcy zdążył już napisać muzykę do wakacyjnego blockbustera (Wanted), która była miłą odskocznią od wszechobecnej w kinie komercyjnym stylistyki akcji spod znaku Remote Control, oraz skomponować finezyjną i poruszającą ilustrację do dokumentu Standard Operating Procedure, na jesień zaś możemy się spodziewać kolejnej jego ścieżki, tym razem do nowego filmu Gusa van Santa, co również zwiastować może porządny kawałek muzyki filmowej. W międzyczasie trafił na pokład wschodzącej gwiazdy kinowej fantastyki, hiszpańskiego reżysera Guillermo Del Toro, powracającego tego lata z sequelem komiksowego Hellboya. Okręt ów po drodze wyrzucił gdzieś na bezludnej wyspie autora muzyki do poprzedniej części, Marco Beltramiego, co zważywszy na spory sukces jego wizji Hellboya wśród słuchaczy, spotkało się początkowo ze szmerem dezaprobaty. Jednakże Elfman to Elfman, pośród ilustratorów komiksowych ekranizacji nie ma sobie równych, także i tym razem więc dostarcza ścieżkę na poziomie.

Zatrzymując się na chwilę przy osobie Beltramiego, trzeba powiedzieć, że trochę chyba jednak szkoda, że Del Toro zrezygnował tym razem z jego usług. Nie jest to oczywiście kompozytor pokroju Elfmana i złośliwi powiedzą, że na jego koncie przeważają prace raczej nieudane, niemniej jednak w ostatnim czasie pokazał on, że mając do dyspozycji solidny materiał wyjściowy (3:10 do Yumy), potrafi napisać muzykę co najmniej interesującą. Dygresję tę czynię nie z powodu wielkiej sympatii dla efektów jego pracy przy poprzedniej ekranizacji komiksu Mignoli, które uważam za przyzwoite i tyle, ale dlatego, że nowy Hellboy jest przez muzyczną osobowość Elfmana trochę przytłoczony. Otóż nadworny kompozytor Burtona do filmu Del Toro napisał archetypową wręcz dla siebie ilustrację, będącą oczywiście rzemiosłem wysokiej próby, ale pozbawioną owej iskry, która tak bardzo przydałaby się unikalnej i błyskotliwej wizualnie koncepcji hiszpańskiego reżysera. Paradoksalnie w ścieżce tej za dużo jest właśnie Elfmana, podczas gdy głodny wyzwań i bogatszy o nowe doświadczenia Beltrami pokusiłby się być może o więcej kreatywności.

Jest to oczywiście gdybanie, bo równie dobrze można powiedzieć, że dokonania Beltramiego to sinusoida i że nie jest on żadnym gwarantem wysokiej jakości. Elfman tymczasem to pewniak i chociaż ostatnie dwa lata w jego wykonaniu mogły rozczarowywać, groteskowy świat bohaterów Del Toro idealnie pasuje do jego muzycznej poetyki i wrażliwości. W owym dopasowaniu tkwi główny – i chyba jedyny – problem nowego Hellboy’a, autor Edwarda Nożycorękiego bowiem, zdaje się, wyczerpał (głównie poprzez współpracę z Timem Burtonem) eksploatowaną tu stylistykę do cna. Przypomina się sytuacja z Johnem Williamsem i Harrym Potterem, gdzie wybór kompozytora pod kątem jego wcześniejszej twórczości wydawał się idealny, a końcowy efekt nieoczekiwanie trącił nieco myszką. U Elfmana nie czuć może aż takiego zmęczenia materiałem, niemniej wyraźnie widać, że nie ma w Hellboy’u 2 miejsca na odkrywanie nowych terytoriów, ani nawet szczególnej chęci ku temu. Zarazem jednak ścieżka ta stanowi bardzo zgrabne połączenie i podsumowanie muzycznego języka, jaki stosował klasyczny Elfman, i jaki stosuje nowoczesny Elfman XXI wieku.

Podobnie jak John Williams właśnie, autor Hellboya 2 potrafi równie skutecznie maskować powtórne użycie znajomych chwytów i rozwiązań, które w przypadku jego najnowszej ścieżki wywodzą się jednocześnie z tak różnych źródeł, jak Sleepy Hollow, Planet of the Apes, czy nawet Spider-Man. Owa sprawność w przetwarzaniu gotowych muzycznych receptur sprawia, że kompozycji tej słucha się naprawdę dobrze, jak gdyby wkraczało się na swojski grunt, ale bez uczucia totalnego deja vu. Jednocześnie pojawia się w kilku momentach element prawdziwej elfmanowskiej magii (The Last Elemental, Finale), przy którym każdemu miłośnikowi Burtona zabije szybciej serce. Tak efektowne są niektóre kluczowe fragmenty tej kompozycji, że aż kusi, by zadać pytanie: jak wyglądałby Hobbit w interpretacji Elfmana właśnie, zwłaszcza że filmowy prolog (Introduction) prezentuje się, jak gdyby był reżyserską wprawką Del Toro do przyszłej ekranizacji Tolkiena.

Co rzuca się w oczy przy pierwszym kontakcie z Hellboy’em 2 to fakt, że ilustracja ta stawia przede wszystkim na barwę i w bardzo nikłym stopniu akcentuje narrację w postaci muzycznej tematyki. Przypomina to w pewien sposób Sleepy Hollow, choć Hellboy, mimo że pokrewny stylistycznie, gatunkowo od tamtej ścieżki jest o wiele, wiele lżejszy. Ma on oczywiście kilka eleganckich pobocznych tematów, przewijających się tu i ówdzie w ważniejszych scenach filmu, niemniej jednak nie tworzą one razem wyraźniejszego zrębu warstwy melodycznej. Nie występuje tu również klasyczny (w sensie goldsmithowskim na przykład) temat przewodni – Del Toro wprawdzie wskazuje jako takowy frenetyczny motyw dla Złotej Armii, lecz w rzeczywistości stanowi on co najwyżej pojedynczą sygnaturę filmu, a nie zwornik konstrukcyjny. Jest to zresztą temat tak dla Elfmana typowy, że w swoim groteskowo-gotyckim charakterze brzmi niczym zamierzona autoparodia stylu kompozytora i trudno go traktować jako twór muzyczny, który mógłby charakteryzować Hellboy’a właśnie. Do spółki z obowiązkowym dziecięcym chórkiem (nieodłączne „la-la-la”), potwierdza tylko, że wszechobecność elfmanowskiego brzmienia nie służy kreatywności tej pracy.

Jest jednak na płycie sporo materiału, dla którego warto przesłuchać ją kilka razy, nawet jeśli przez ostatnie kilka lat nie oczekiwało się z wypiekami powrotu Elfmana do gatunku fantasy. Znalazło się bowiem miejsce tak na dowcip (bawarski marsz w Mein Herring identyfikujący postać Johanna Kraussa – Kraussa przez dwa S!; theremin w Hallway Cruise), jak i na poważną, ale wysmakowaną dramaturgicznie ilustrację (hipnotyzujący, egzotyczny niemalże temat w A Troll Market, pokazujący, że Danny’emu siedzą wciąż w głowie ciekawe muzyczne pomysły; A Choice z rozmachem godnym epickiego fantasy; brutalna, ale bardzo efektowna muzyka akcji w kulminacyjnym In the Combat Chamber). Szkoda tylko, i tu przychodzi małe rozczarowanie, że sporo z owej udanej muzyki w filmie ginie nieco pod warstwą efektów dźwiękowych. Tym samym album znaleźć może węższe grono nabywców, niż na to zasługuje, rzemieślnicza ilustracja Elfmana bowiem poza salą kinową nabiera dodatkowych rumieńców.



Przeczytaj również:
  • Hellboy

    Autor recenzji:  Marek Łach
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    • 1. Introduction (03:37)
    • 2. Hellboy II Titles (01:18)
    • 3. Training (01:50)
    • 4. The Auction House (02:28)
    • 5. Hallway Cruise (01:35)
    • 6. Where Fairies Dwell (04:16)
    • 7. Teleplasty (01:21)
    • 8. Mein Herring (01:05)
    • 9. Father and Son (06:02)
    • 10. A Link (01:29)
    • 11. A Troll Market (01:21)
    • 12. Market Troubles (03:41)
    • 13. A Big Decision (01:10)
    • 14. The Last Elemental (04:11)
    • 15. The Spear (01:47)
    • 16. A Dilemma (02:55)
    • 17. Doorway (03:35)
    • 18. A Choise (03:58)
    • 19. In the Army Chamber (05:47)
    • 20. Finale (06:06)
    Czas trwania: 59:32
    Komentarze
    Mystery 2008-09-12
    17:08
    Zarówno sam film, jak i muzyka w obrazie i na płycie, bardziej przypadła mi od gustu, od tego co widziałem i słyszałem w pierwszym Hellboyu. "In the Army Chamber" to natomiast Elfman w życiowej formie. Żeby tylko cała płyta trzymała taki poziom.
    Mefisto 2008-09-12
    20:23
    Wg mnie poziom obu filmów pod względem muzycznym jest równy - tyle, że tam mieliśmy ścieżkę tajemniczą i posępną, a tu niemal (bo nie do końca) typowo elfmanowską. Obie warto posłuchać, ale nie na tyle, żeby się jakoś bardzo zachwycać.
    Patryk 2008-09-12
    22:01
    Fantastyczna płyta, jedna z lepszych w tym roku. Gdyby porównywać z ilustracją pierwszego filmu - wygrywa zdecydowanie. Nie miałem wrażenia, że film był przytłoczony tą muzyką. Zresztą muzyka Elfmana bardzo rzadko przytłacza, wystarczy bliżej poznać tę stylistykę. Tak więc nie bardzo rozumiem ten zarzut. A już w ogóle śmieszne jest pisanie, że wadą tej muzyki jest "za dużo Elfmana w Elfmanie". Sorki, ale to już nonsens totalny. Reasumując, w pełni zasłużona wysoka ocena.
    Marek 2008-09-13
    00:49
    Nie chodzi tu o dosłowne przytłoczenie (bo w takim znaczeniu jest wręcz przeciwnie - to raczej SFX przytłaczają score, nie na odwrót), ale o to, że Elfman narzuca Hellboy'owi bardzo przewidywalne brzmienie, podczas gdy ten film aż prosi się o coś bardziej unikalnego. Jak dla mnie Danny idzie tu trochę po najmniejszej linii oporu - o ile w przypadku Corpse Bride takie jechanie po schematach działało jeszcze fajnie (bo była to jednorodna burtonowska stylistyka), o tyle w odmiennej jednak od Burtona wizji Del Toro brzmi to jakby było wtłoczone nieco na siłę. I dlatego piszę o zbyt dużej ilości czystego Elfmana w tym score - czystego w sensie wykorzystującego non stop te same chwyty co dawniej. Co nie oznacza, że score ten jako autonomiczna muzyka sprawdza się dobrze (i stąd czwórka za album).
    thedues 2008-09-15
    10:38
    Łohoho!!! Ależ Elfman ma wzięcie i na dodatek wyrobiona pozycję o czym świadczą te pochlebne komentarze powyżej. Jak wspomniał Marek za dużo Elfmana w Elfmanie sugerując nam tutaj cytat z bardzo śmiesznej komedii Poszukiwany, poszukiwana;) Tak słuchając tego score’u na początku pomyślałem, że to rejected do Spidermana 3 - poważnie! Te Elfmanowskie pasaże smyczków;) Czym tu się delektować? Jak w każdej nucie czuć niemalże nawiązania do poprzednich prac!? Nie mamy tutaj niczego atrakcyjnego chcącego zaskoczyć nasze uszy. Taki średni Danny, który mógłby płodzić owe soundtracki niemal codziennie. Film był dla mnie rozczarowaniem na skale światową! Czyżby Del Toro był zmęczony postacią Hellboya? Przesycony efektami infantylną bzdurna historyjką, która przypominała komiczną 3 część Mumii… Niektórzy mają dziwaczny gust, krytykując Beltramiego aczkolwiek ten kompozytor dał nam jeden z najciekawszych tematów do adaptacji komiksowych. Nie umniejszam Beltramiemu użytej prostoty, niemniej pasował jak cholera do Hellboya. Zarzucicie mi, że tak naprawdę Beltramiego można docenić po Complete score. Czy to wina samego kompozytora albo może producentów? Wszak ja potrafiłem sobie złożyć ładną partyturę z wersji wzbogaconej o wiele ciekawszych tematów i tak o to mam czym się delektować. Chyba wszyscy się zgodzą, że Eflmana najbardziej ceni się po współpracy z Burtonem. Tam kompozytor bawi się dźwiękiem i przez to wychodzi kapitalny efekt. Czyżby z Eflmanem nie można znaleźć wspólnego języka? Skoro tak bardzo doceniamy Hellboya 2 - muzycznie! To może wnieść należałoby na piedestał Hulka? 2 tygodnie, świetny temat i świetny score jak się okazuje po latach, do którego wracam niemalże każdego tygodnia!
    Patryk 2008-09-16
    17:54
    Ja tam ze Spidermanem w ogóle nie skojarzyłem tej płyty. To jednak trochę inne brzmienie, bliższe najlepszym pracom Elfmana sprzed lat. Pewne chwyty są powielane, ale to tylko oznaka stylu kompozytora. Dla mnie wyraźne kreowanie swojego stylu to zaleta, zwłaszcza jeśli nie są to tanie chwyty typu "zimmerowego". U Elfmana powrót do własnego stylu cieszy tym bardziej, że w minionych trzech latach dało się u niego zauważyć uleganie niedobrym tendencjom współczesnej muzyki filmowej. Teraz wraca do tego, co u niego najlepsze. I robi to umiejętnie, łącząc stare z nowym. Efekt końcowy bardzo dobry. Dla mnie wyróżniająca się partytura tego roku, a prawdziwą konkurencją pozostają w zasadzie... inne prace Elfmana A.D. 2008.
    thedues 2008-09-17
    01:59
    No cóż może za słabo słuchałeś;)?? Akurat najbardziej rzuca się w oczy część 2 spider-mana. O jakich najlepszych pracach Elfmana chciałeś napisać? Chyba nie masz na myśli Batmanów czy Edwarda albo Sommersby? Gdzie w Hellboyu tak ciekawy Elfman?? Hulk był o wiele interesującą partyturą. Poza tym nie uważam ażeby Elfman tak bardzo ulegał trendom tej jak nadmieniłeś współczesnej muzyki;) Corpse Bride czy nawet Charlie i Fabryka Czekolady to bezsprzeczne i niepodważalne dowody na to, że Eflman jak chce to potrafi coś zaskakującego stworzyć. Obawiam się, że na chwilę obecną to bliżej mu do stagnacji zimmerowskiej niż do ewolucji bądź też rewolucji. Oczywiście czas pokaże. Nie takiego Hellboya chciałem usłyszeć. Elfman po prostu nie kumał ‘czaczy’ i zbyt drastycznie odszedł od pomysłu Beltramiego a przez to stał się przewidywalny i co najgorsze nudny... Dla mnie ta płyta nie ma krzty oryginalności. Szczerze? Bo cenie Elfmana BAAAAARDZOOOO, ale na chwilę obecną jak słyszę Elfmana to boję się, że mam do czynienia z twórczością Ottmana. Brutalnie?! Ależ skąd;) to tylko ostrzeżenie=)
    Patryk 2008-09-18
    23:03
    W przeciwieństwie do jedynki się zawiodłem, ale pewnie dlatego że z tamtym kompozytorem nie wiązałem żadnych nadzieji. Nie słyszałem muzyki na albumie, a z filmu zapamiętałem może ze dwa obiecujące fragmenty, m.in. ze sceny z wielkim leśnym stworem. Po filmie w głowie bardziej zostalo mi "Can't smile without you" ;).
    DanielosVK 2011-08-29
    22:23
    A ja będę łaskawy i naciągnę do czwórki. Smakowity score, bardzo różnorodny, wiele różnych smaczków i ubarwiaczy, po prostu jest co słuchać. Z niekłamaną przyjemnością. :)
    Mieszko 2013-10-19
    10:55
    Kolejny naprawdę udany score na koncie Danny'ego Elfmana. Zgoda z przedmówcą. To jeszcze nie koniec doskonałego roku 2008 dla kompozytora.

  • Hellboy II: The Golden Army (Hellboy: Złota Armia)

    Kompozytor:

    • Danny Elfman

    Dyrygent:

    • Rick Wentworth

    Orkiestrator:

    • Steve Bartek
    • Edgardo Simone
    • David Slonaker
    • Jeff Atmajian
    • Mark McKenzie

    Wydawca:

    • Varese Sarabande (2008)

    Producent:

    • Danny Elfman

    R E K L A M A





    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl


     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2019 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie