Szukaj: w


recenzje

Founder, the (McImperium)


Kiedy poznajemy Raya Kroca, w jego życiu liczą się dwie rzeczy: multimikser Prince Castle z pięcioma mieszadłami oraz winyl motywacyjny głoszący, że kluczem do sukcesu jest wytrwałość. Zamiast spędzać czas u boku żony, woli tarabanić się po Ameryce ze wspomnianym mikserem pod pachą, węszyć dochodowych interesów i uprawiać turystykę kulinarną w przydrożnych knajpach. Bynajmniej nie przypadkowo jedną z nich będzie prawdziwy fast foodowy Mesjasz: bar McDonald’s. Dla właścicieli okazał się już strzałem w dziesiątkę, a dla Raya – dopiero okaże się istną żyłą złota. I zarazem pretekstem do odkrycia w sobie Baltazara Scrooge’a.

W McImperium (The Founder) główną rolę, obok bohaterów, grają pieniądze, a ścieżka dźwiękowa (autorstwa Cartera Burwella) co i rusz stara się tę wizję scementować. Poszlak ku temu jest sporo: niektóre utwory przypominają – dzięki zastosowaniu odpowiedniej stylistyki – muzykę z reklam telewizyjnych, część tytułów brzmi jak slogany marketingowe (na przykład nawiązujący do słynnej maksymy Fortune Favors The Bold albo Franchise For America), czasem zresztą bezpośrednio zdradzając biznesową tematykę, a chyba najważniejszą poszlaką będzie konwencja westernu, z której kompozytor korzysta bardzo swobodnie. Podobieństw między protagonistą McImperium i XIX-wiecznym brodaczem uganiającym się za fortuną jest naprawdę dużo. A ta gorączka złota (jak sam zresztą powie Kroc) nigdy się nie skończy.


Reklamowa stylistyka, chociaż otwiera Burwellowi drogę do interesującego muzycznego tropu, na dłuższą metę okaże się strzałem w stopę. Na szczęście przeciwwagę dla jej mało wyrazistej treści stanowi wspomniana konwencja westernu, w której kompozytor wydaje się czuć swobodnie (wystarczy wymienić Prawdziwe męstwo albo ostatnio Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, inne jego prace). Walkę z „westernową monotematycznością” podejmą zaś country i jazz, również znajdujące się na krążku. Wszystkie podane konwencje zostały stosownie pomieszane, więc znużenie wałkowanym w koło Macieju tym czy innym stylem chyba nie wchodzi w rachubę. Sprawiedliwość oddać trzeba też aranżacyjnemu wyczuciu twórcy, który zniechęca nas do myślenia o soundtracku w kategoriach muzyki symfonicznej. Partyturę odwiedzi istna miriada solistów: poza „must-have’ami”, takimi jak fortepian, smyczki, czy wszelkie perkusyjne przeszkadzajki, usłyszymy gitarę, grany palcami kontrabas, marimbę (świetny wybór), mandolinę, werbel (użyty jako skrót myślowy do wojskowego marszu) a także klarnet i obój.

Chociaż początkowo miałkość opisanej wyżej stylistyki jest jedynie alarmująca, to problem ten będzie przybierał na sile wraz z dalszym odsłuchem. Za fasadą bezpiecznej „muzyki marketingowej” nie będziemy w stanie ukryć całego albumu, a wtedy zacznie nam doskwierać już zwyczajna, trudna do uzasadnienia bezpłciowość. Im dłużej słucha się McImperium, tym łatwiej odnieść wrażenie, że score ten jest nieco asekurancki – lejtmotywy pojawiające się przez cały soundtrack same w sobie mają niewiele magnetyzmu, trudno więc oczekiwać od pozostałych numerów (w większości sennie się rozwijających), że nagle wywrócą do góry nogami fundamenty dzieła. Czasami (jak np. ten wprowadzony w Multimixer Man) otrzymują kolejne wcielenia w zależności od pożądanego nastroju, ale nie zawsze wychodzi z tego utwór, który będzie się w stanie obronić poza filmem (przykładem chociażby Flags And Steeples). Dla przeciwwagi: warte posłuchania będą na pewno Overnight Sensation (jeden z najlepszych na płycie), The Arches, Minneapolis (przykład właśnie takiego „reklamowego tła”), Divorce i The Creation Of The Burger. Ten ostatni pozytywnie zaskakuje filuterną konwencją quasi-szpiegowską, w którą wepchnięto też oddającą wrażenie „iluminacji” progresję harmoniczną. Nic, tylko wyobrazić sobie lewitującego, emitującego świetlistą aurę, przepysznego hamburgera. Jak często soundtracki prowadzą naszą wyobraźnię w tak ciekawe miejsca?

Przekornie, mimo tej pozornej beznamiętności, a może właśnie z tej przyczyny, score z McImperium wychodzi na prostą: partytura jest miałka, ale im dłużej się jej słucha, tym łatwiej odnaleźć w niej ciepło i sympatię. Dzięki temu praca trochę nabiera tożsamości i to może być prawdziwy as (albo raczej walet) w rękawie twórcy – jako właściwie jedyny czysto muzyczny atut wyróżniający kompozycję na tle innych, podobnych gatunkowo. Ale czy warto poświęcić ścieżce tyle czasu, by móc zacząć dostrzegać jej największą (i wcale nie tak ogromną) zaletę? Odpowiedź kryje się w…

...W seansie McImperium. Od czasu do czasu oglądamy filmy, które samoczynnie stanowią wyrocznię naszej opinii na temat muzyki. The Founder to właśnie takie dzieło: podczas seansu, a następnie odsłuchu albumu, wyraźnie słychać, że partytura ma przede wszystkim sprawdzać się w obrazie. I sprawdza się bardzo dobrze. Szkopuł dotyczący wspomnianej beznamiętności tkwi więc niekoniecznie w samej muzyce, a też w stylu obranym przez reżysera (John Lee Hancock). Chociaż można było zrobić z historii Kroca zajmujący thriller albo nieco bardziej intymną biografię uparciucha, Hancock wybrał neutralny grunt kina przyjaznego całej rodzinie (której kulinarna wyobraźnia zacznie pracować już w multipleksie). Dynamika narracji wydaje się trudna do uchwycenia, a sporo postaci, zamiast bohaterów, przypomina antybohaterów – i to w wydaniu raczej Głupiego Jasia niż kipiącego charyzmą Dartha Vadera. W związku z tym trudno brać kompozycje Burwella na poważnie i traktować je jako coś większego niż sympatyczne przygrywki, czasem o zabarwieniu komediowym. Metraż poszczególnych kawałków (długość wielu z nich nie przekracza minuty czy dwóch) też wydaje się przedstawiać luźne usposobienie soundtracku, ale bliżej temu do przypuszczenia niż faktu.


Bracia McDonald, opowiadając Rayowi o tym, jak na korcie tenisowym rozrysowywali rewolucyjny system przygotowywania burgerów, mówią o nim, że była to „symfonia wydajności”. Taką symfonią zdaje się również być partytura Burwella, który ogranicza się do wręcz asekurancko subtelnych pociągnięć pędzlem. Nie obyło się także bez paru zdradzających lenistwo powtórzeń, a efektem tego wszystkiego jest niestety krótki żywot score’u. Najprościej byłoby go porównać do zabawki, która najpierw wyzwala w nas entuzjazm (szlaki eksplorowane przez kompozytora z początku są interesujące), a okaże się zbędną durnostojką: po dniu naszej fascynacji zacznie zbierać kurz i błagać o miejsce na strychu. Zbawieniem niecierpliwego słuchacza będą dziarskie piosenki z lat 50., strategicznie rozlokowane na soundtracku. Czarujący już dzisiaj Mister Tap Toe albo niebanalny i frapujący Sh! Baby’s Asleep mogłyby całkowicie odmienić ścieżkę dźwiękową Cartera Burwella, gdyby nie oczywisty fakt, że nie on jest ich autorem – w takim wypadku można je określić mianem co najwyżej kół ratunkowych. I to nie kompozytora, a odbiorcy. Miły dodatek stanowi też Pennies From Heaven zaśpiewany przez duet Linda Cardellini-Michael Keaton (głos prawie jak Sinatry!).

Można się naigrywać, że jedną z najciekawszych cech soundtracku stanowi żółto-czerwona kolorystyka okładki, można zarzucić Burwellowi asekuranctwo (czyżby jarzmo reżysera?), można z przekąsem dociąć, że niemrawe kompozycje są tylko dodatkiem do interesujących utworów wokalnych, ale grymas schodzi z twarzy tym szybciej, im więcej czasu poświęci się McImperium. Nie jest to ani najlepsza praca kompozytora, ani też głodne Oscara arcydzieło; spora zawartość ścieżki brzmi, jakby została pośpiesznie nagryzmolona na pięciolinii, ale da się tam znaleźć parę sympatycznych – wręcz serdecznych – kawałków. I, co szalenie ważne, prostota całości dobrze pasuje do filmu. Słowem: za długie czekanie dobre śniadanie. W McDonaldzie.

Autor recenzji:  Marek Domagała
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. San Bernardino (1:37)
  • 2. Multimixer Man (2:45)
  • 3. Mister Tap Toe - Doris Day, Paul Weston And His Orchestra, The Norman Luboff Choir (2:15)
  • 4. Persistence (1:22)
  • 5. I’m Not Like I Used To Be - The Dixieaires (2:16)
  • 6. First Taste (1:58)
  • 7. The Creation Of The Burger (1:42)
  • 8. Sh! Baby’s Asleep - Orrin Tucker and His Orchestra, Bonnie Baker & The Bodyguards (2:58)
  • 9. The Arches (2:29)
  • 10. Overnight Sensation (1:40)
  • 11. Tennis Court (2:05)
  • 12. Music For A Found Harmonium - Penguin Cafe Orchestra (3:38)
  • 13. Flags And Steeples (2:06)
  • 14. Franchise For America (0:58)
  • 15. Be Right One Time (1:28)
  • 16. Slow Down Baby - Bob Gaddy And His Alley Cats (2:43)
  • 17. Crass Commercialism (3:27)
  • 18. Fifty-Fifty Love - The Ramblers (2:46)
  • 19. A Team (2:31)
  • 20. Ray Rallies Troops (2:33)
  • 21. Minneapolis (1:01)
  • 22. Pennies From Heaven - Michael Keaton, Linda Cardellini (1:36)
  • 23. A Wolf In The Henhouse (1:17)
  • 24. Ray Confronted (1:20)
  • 25. Surprise Inspection (1:02)
  • 26. Franchise Realty Road Show (1:52)
  • 27. Fortune Favors The Bold (1:57)
  • 28. Blank Check (1:20)
  • 29. Divorce (1:57)
  • 30. Let’s Make A Deal (1:35)
  • 31. Secret To Success (2:54)
  • 32. Number One (0:57)
Czas trwania: 64:05
Komentarze

Founder, the (McImperium)

Kompozytor:

  • Carter Burwell
  • Various

Dyrygent:

  • Carter Burwell

Orkiestrator:

  • Carter Burwell

Wydawca:

  • Varese Sarabande (2017)

Producent:

  • Carter Burwell
  • Robert Townson

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2019 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie