Szukaj: w


recenzje

The Crown (Season 2)



Na dworze Windsorów zaczyna wiać wiatr nowoczesności. Za chwilę początek lat 60., dekady zmian, zarówno kulturowych – Brytyjczycy odkryją Beatlesów, do głosu dojdzie rewolucja seksualna – jak i społeczno-politycznych, w których afera profumo nadszarpnie kondycją konserwatystów, a pokłosie kryzysu sueskiego odsłoni przywódcze braki po ostatniej kadencji ‘ojca narodu’ Winstona Churchilla. W takim obliczu spraw, monarchia zaczyna czuć zimny oddech społeczeństwa. Przez to królowa musi być mocna jak nigdy wcześniej. Monarchia musi postępować. Co nie okazuje się łatwe, bo oprócz zawiłości na jakie naraża ją kraj, problemów dostarczają również najbliżsi. Filip, książę Edynburga, nie może pogodzić się z rolą ‘pomocnika ceremonii”. Natomiast księżniczkę Małgorzatę ciągnie do prawdziwego życia, tego poza murami Buckingham. Ten malowniczy, aczkolwiek burzliwy okres historyczny adaptuje na potrzeby drugiego sezonu The Crown niezastąpiony Peter Morgan.

Ramię w ramię ze zmianami epoki, do małej rewolucji dochodzi również w sferze kompozycyjnej, bowiem stabilny jak Big Ben, Rupert-Gregson Williams otrzymuje nieoczekiwane wsparcie od Lorne Balfe. Williams zabrał się za The Crown w zbawiennym, przywracającym go do artystycznego życia, roku 2016. Serial o rodzinie królewskiej wyszedł mu obok filmu o Tarzanie – klapa – i Hacksaw Ridge, głośnym widowisku wojennym o całkiem porządnym muzycznym podwoziu. Nakręcony tymi projektami, Williams dostał pod swoją opiekę najdroższy serial produkcji Netflix i zapewnił jego producentom ścieżkę poprawną, funkcjonalną, ale bezwstydnie nieoryginalną i odtwórczą. Po tym został zaangażowany do megaprodukcji Wonder Woman, gdzie jakby z rozpędu wytłoczył bezpieczne muzyczne tło, które tak jak szybko wpada do głowy, równie szybko z niej ulatuje.

Gdy przyszedł czas na drugi sezon The Crown, wszystkich podekscytowała wieść o angażu Lorne Balfe. Podekscytowała, ponieważ Balfe ma za sobą najlepszy rok w swojej karierze. Mało tego, to najcięższy, najbardziej owocny okres kariery Amerykanina, któremu każdy młody kompozytor może pozazdrościć. Balfe pracuje, nie odcina kuponów, nie analizuje i nie wybrzydza. Dobre prace wychodzą jedna za drugą. Jeśli sam nie jest twórcą, to pomaga i udziela się gdzieś indziej, patrz Dunkierka. Porównując kalendarz z datą premiery filmów, z nazwiskiem Balfe na afiszu, można pomyśleć, że Balfe to w istocie malutka instytucja, ukryta filia Remote Control Productions, w której uczestniczą dwie a nawet trzy głowy, mające za zadanie, pośród innych obowiązków, przywrócić tą organizację do łask.

Nic więc dziwnego, że jeśli już Balfe ma wchodzić w serial, chce to robić na pełnych prawach. W praktyce oznacza to, że obaj kompozytorzy niemalże przepisują muzykę od nowa, zachowując jedynie ducha pierwowzoru. Wydawać by się mogło, że takie podejście to po prostu strata czasu i marnotrawstwo budżetu przeznaczonego na produkcję. Tym bardziej, że Rupert Gregson-Williams to kompozytor, dla którego przepisywanie czegoś od nowa może wydać się szalenie ryzykownym pomysłem. Wszak istnieje szansa, że dostaniemy dokładnie to samo co przedtem. No ale tak postanowiono, więc panowie zabrali się do roboty. Mówiąc to, mam na myśli prawdziwą robotę.


Co nietrudno wywęszyć już w Bounden Duty, utworze eksponującym dwie rzeczy. Po pierwsze to fragment w istocie skomponowany przez Balfe. Oznacza się niedawną hucpą z plastikowego Geostorm oraz szumiącą elektroniką z czasów Dark Knight Rises. Dwa, nawet jeśli kompozycja napisana jest od nowa, ma swoje źródło w Duck Shoot – muzycznym pakcie, jaki zawiązał król Jerzy VI z młodym Filipem u podnóża sezonu pierwszego. Ten emblematyczny dla serii temat staje się tutaj przestrogą, przypomnieniem o tamtej wyprawie. Faktycznie Duck Shoot powraca w sezonie drugim, w kształcie jakim go znamy (Future King), ale służy, przede wszystkim, jako przypomnienie o dawnych wydarzeniach, o potędzę i skali korony na mapie świata.

W czubie albumu przeważają utwory wyraziste, przesycone dramaturgią, nie dające się łatwo zaszufladkować w uniwersum poprzedniego sezonu. The Downfall to długa, ciut przygnębiająca progresja spoczywająca na prostej, ale efektownej melodyce. Homesick, już bardziej zróżnicowane zarówno pod względem narzędzi jak i tempa, dobrze wywiązuje się ze swojej narracyjnej roli. Your Majesty, z kolei, pomaga nam chwilę odpocząć, by pod koniec zaserwować prawdziwie doniosły i królewski fragment podszyty kotłami i rogami – jak gdyby poprzedzał epokowe wydarzenie. W końcu Headlines, utwór będący okazją by po raz ostatni na albumie zaprezentować skalę korony. A ta zwłaszcza w drugiej części Headlines wybija się przed szereg zwartymi smyczkami, których adresatem, podobnie jak w pierwszej części, są hymny koronacyjne brytyjskich władców, z kompozycjami Handla na czele (Zadok the Priest). Na który jednak utwór się nie zdecydujemy z tej częsci, tak naprawdę obierzemy kurs na crescendo. A to robi niemałe wrażenie (największe w filmie), bowiem obaj panowie, Williams i Balfe, operują nim doskonale.

Na szczęście od dokładnie połowy ścieżki, naznaczonej końcem wspomnianego Future King, wkraczamy w część atmosferyczną, bardziej szczegółową jeśli chodzi o aranżacje i nadającą tej ilustracji filmową świeżość. Ta część partytury towarzyszy przemyśleniom bohaterów, chwilom rozwagi, trudnym decyzjom, których w sezonie drugim nie brakuje. Warto zawiesić ucho (i oko, rzecz jasna) na Princess Margaret – intensywnym, odpicowanym temacie Małgorzaty od Balfe oraz Be My Portrait, również przypisanym tej postaci. Słyszymy jak poturbowana emocjonalnie Małgorzata wychodzi ze związku z generałem Townsendem. Jak szuka nowego ukojenia, a za nią w parze idzie nowoczesność i szyk, czego ekranowym dowodem jest odcinek czwarty, zatytułowany Beryl.

Duży postęp notuje muzyka w obrazie. Dzięki temu, że mnóstwo nowych ornamentów, głównie elektronicznych, zaszczyciło partyturę swoją obecnością, wysłuchuje się tego lepiej. Komputerowe sznyty, i rozróżnienie dynamiki – w przeciwieństwie do pierwszej części serii – ładnie nadaje ton scenom i tak kontrastującym ze sobą przecież charakterom królewskiego dworu. Znów jednak, nazbyt rozochoceni nowymi aranżacjami, twórcy zapychają ekranową przestrzeń melodiami aż po sam węzeł windsorski. Często to forsowanie ma sens (finałowe sceny), ale czasem po prostu pakuje widza w muzyczną groteskę (nocna przejażdżka motorem Małgorzaty). Ogólnie rzecz ujmując, nowoczesne oratoria z początku wydania płytowego, mają tutaj władzę absolutną i przykrywają fabułę niczym firmament - o dziwo, w większości ze skutkiem pozytywnym, bo co by nie mówić, to najdroższy serial Netflix, w którym wszystko łechce i po uszach, i po oczach, tak jak w najlepszym odcinku tego wydania: Paterfamilias.

Gdy w tekście o sezonie pierwszym The Crown porównałem Ruperta Gregsona-Williamsa do bibliotekarza, zawodu nobliwego, ale niekoniecznie postępowego, chciałem wytłuścić jego przywiązanie do krążących i znanych w muzyce filmowej schematów. I Elżbieta, jako brytyjska królowa, również zaczynała jako podległa koronie, manierom, protokołom i starszym od niej dygnitarzom. Gdy jednak na swoje barki musiała dźwignąć sprawy wymykające się spod kontroli reguł i ustroju, jej władza postępowała, morfowała i nabierała nowych cech. Tu głosem procesu zmian staje się Balfe. Widzi wkład Ruperta w opowieść, ale czas pędzi przecież nieubłaganie. Tam gdzie królowa po raz pierwszy życzy wesołych świąt z odbiorników telewizyjnych w brytyjskich domach, tak samo pod całą rozgrywkę podpina się Balfe. W tandemie odkurza to co napisane, i dodaje to, co siłą rzeczy, nastać musi – postęp. Zadanie odrabia dobrze, ale ostatniego słowa, jestem pewien, w temacie Windsorów nie powiedział, o czym powinniśmy przekonać się w sezonie trzecim, gdy zmianie podporządkuje się cała dotychczasowa obsada. Tylko czy aby na pewno cała?


P.S. Wśród licznych kompozycji klasycznych przewijających się przez drugi sezon The Crown, warto zwrócić uwagę na odcinek 7, w którym usłyszymy Symphony No 3 op 36, "Sorrowful Songs" 3. Cantabile Semplice Henryka Góreckiego, Vivaldi, The Four Seasons: Spring 1 Maxa Richtera, i Dies Irae Zbigniewa Preisnera.



Autor recenzji:  Tomasz Ludward
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Bounden Duty (3:35)
  • 2. Dismissed (3:40)
  • 3. The Downfall (6:19)
  • 4. Homesick (3:41)
  • 5. Your Majesty (4:14)
  • 6. Headlines (4:24)
  • 7. Radio Speech (3:50)
  • 8. Future King (2:21)
  • 9. Christmas Message (3:58)
  • 10. New Guinea Match (1:56)
  • 11. We Shall Go To War (2:17)
  • 12. Be My Portrait (2:37)
  • 13. Philip’s Dream (3:00)
  • 14. Princess Margaret (3:01)
  • 15. Critical Article (1:23)
  • 16. I Have No Choice (3:27)
  • 17. A New Chapter (1:56)
  • 18. Bring Him Home (3:09)
Komentarze

The Crown (Season 2)

Kompozytor:

  • Rupert Gregson-Williams, Lorne Balfe

Muzyka dodatkowa:

  • Evan Jolly, Jon Monroe

Dyrygent:

  • George Strezov i Lyubomir Denev Jr.

Orkiestrator:

  • Shane Rutherfoord-Jones

Wykonawcy:

  • Sofia Session Orchestra

Wydawca:

  • Sony Classical (2017)

Producent:

  • Hans Zimmer

R E K L A M A






NASI PARTNERZY:




Poki.pl
Grydladzieci.pl

 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2018 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie