Szukaj: w


recenzje

The Fly (Mucha)



The Fly (Mucha) Davida Cronenberga oparta jest na krótkim opowiadaniu science fiction George'a Lanelaana z 1957 roku. Zostało ono zaadaptowane jako film rok później, przez co ten można zaliczyć, obok chociażby The Thing (Coś) Johna Carpentera, do nielicznych udanych remake'ów. Co więcej w przypadku nowszej wersji możemy nawet mówić, że przebiła ona oryginał. Powieść Langelaana jak i film z 1958 roku są doskonałym odzwierciedleniem lat 50tych w amerykańskiej literaturze i filmach z pogranicza horroru i science fiction. Naukowiec testując na własnej osobie teleporter nie zauważa muchy, który wleciała do jednej z komory. W efekcie czego jego atomy łączą się z atomami owada. Klasyczny przykład nieudanego eksperymentu naukowego, jak i też typowy dla tamtego okresu w Stanach strach przed potworami, mutantami i ogólnie obcymi istotami. Z dzisiejszej perspektyw obraz ten już tak nie straszy, a niektóre efekty jak i charakteryzacja mogą wręcz bawić. Dlatego też siłą filmu Cronenberga jest to, że nie stara się on imitować, czy kopiować oryginału, jak wiele współczesnych remake'ów czyni. Kanadyjczyk wykorzystał motyw nieudanego eksperymentu z pierwowzoru, do opowiedzenia własnej przerażającej, a zarazem tragicznej historii. Możemy ją postrzegać jako arcydzieło kina grozy, czy też tzw. "body horror", ze świetnymi efektami i niesamowitą, nagrodzoną Oscarem charakteryzacją. Transformacja, granego świetnie przez Jeffa Goldbluma naukowca Setha Brundle, w tytułową Muchę do dnia dzisiejszego robi wrażenie i co najważniejsze przeraża. Jednak jeżeli oddalimy na drugi plan całe to gore, otrzymujemy tak naprawdę przejmującą historię miłosną. Uczucie dwójki zakochanych ludzie wystawione zostaje na próbę, przez ciężką chorobę jednego z nich. Nie można też pominąć filozoficznego aspektu przemiany głównego bohatera, na ile jest on jeszcze człowiekiem, a na ile staje się owadem? Wszystkie te elementy czynią ten film niezwykłym, jedynym w swoim rodzaju i też przyczyniły się do jego dużego sukcesu, także komercyjnego. Po dziś dzień jest to najbardziej dochodowy obraz Cronenberga. Mucha była też po wieloma względami przełomem dla Howarda Shore'a i jego dalszej kariery. Nie tylko dzięki tej pracy zyskał popularność i mógł potem zaistnieć także jako kompozytor filmowy głównego nurtu. Ale przede wszystkim udowodnił, że potrafi tworzyć, także ścieżki dźwiękowe oparte o wielką orkiestrę. Jest to jego zresztą pierwsza w pełni symfoniczna praca na potrzeby filmu i to na wiele wcześniej, zanim zyskał sławę za sprawą trylogii Władcy Pierścieni.

Przez sporą część swojej kariery Howard Shore był postrzegany jako kompozytor od horrorów i thrillerów. I to mimo, że nieliczne jego prace można określić mianem naprawdę "przerażających", czy "strasznych". Jak się sprawa ma w przypadku Muchy ? Choć miejscami jesteśmy świadkami jednych z bardziej, odrażających, przerażających scen w historii kina, Shore nie podchodzi wyłącznie do obrazu jak do klasycznego horroru, ale posługuje się symfonicznym językiem, właściwym operze, choć posiadającym typową dla tego kompozytora awangardową manierę. Oczywiście muzyka jest mroczna i niepokojąca, ale też elegancka i kiedy trzeba nie brakuje jej ciepła. Kanadyjczyk nie widzi w pierwszej linii w postaci granej przez Jeffa Goldbluma potwora, którego należy się bać, ale człowieka, któremu należy współczuć. Ten ludzki element, szczególnie słyszany jest w muzyce przypisanej relacji Brundle'a z Veronicą. Uczuciu kochanków przypisany jest delikatny symfoniczny jazz. Naturalnie nie brakuje też potężniejszego, wręcz muskularnego brzmienia z odważnymi i ciekawymi aranżacjami na sekcję dętą, aby oddać wagę i tragizm dziejącym się wydarzeniom. Aby w pełni epicko je uchwycić Howard Shore znakomicie wykorzystuje możliwości The London Philharmonic Orchestra, z którą na potrzeby Muchy pracował po raz pierwszy w swojej karierze. Efektem czego ścieżka dźwiękowa posiada bogate, a zarazem przejmujące brzmienie, jakże dobrze pasujące do filmowych wydarzeń.

Ścieżka dźwiękowa do Muchy oparta jest o wyrazisty motyw przewodni, który przewija się przez większy czas jej trwania Właściwie bawiąc się w rozdrabnianie tej muzyki na czynniki pierwsze można byłoby rzec, że na ów temat składają się dwa pomniejsze motywy: Z jednej strony trzynutowa fanfara na instrumenty dęte blaszane; Z drugiej niepokojący czteronutowy motyw oparty głównie o smyczki. I właśnie one, często znamiennie towarzyszą nam przez cały score. Sam jednak uważam, je za jeden główny motyw. I naturalnie można się bawić w dalszą sekcję tej muzyki i poszukiwanie ukrytych tematów, ale lepiej skoncentrujmy się na tym co ważniejsze. A mianowicie, jak dobry jest ten motyw przewodni, jakże dobrą rolę odgrywa on w obrazie i jak zostaje w pamięci po seansie.
Jedne ze swoich jaśniejszych momentów posiada niczym klamra na początku i na końcu filmy/płyty. Pierwszy raz pojawia się przy napisach początkowych (Main Title), gdzie zresztą imię i nazwisko Howarda Shore'a, pojawia się zaraz po wymienieniu głównych aktorów Jeffa Goldbluma i Geeny Davis. Czyli jeszcze przed operatorem, czy montażystą, ciekawy i spory przykład uznania ze strony Davida Cronenberga. Wracając do utworu, daje w nim o sobie znać potężna fanfara wprowadzająca nas w ten świat wielkich naukowych dokonań. Jak i też spokojniejsza melodia posiadająca odpowiednią dawkę tajemniczości związaną z tymi odkryciami. Jednak najlepszą aranżację owego motywu otrzymujemy na sam koniec (Finale). Potężne, monumentalne i dynamiczniejsze brzmienie w akompaniamencie przejmujących smyczków doskonale oddaję wagę wydarzeń jakie przeżyliśmy i idealnie pasuje jako zwieńczenie tragicznej historii i horroru science-fiction.
Świetnie w obrazie jak i na płycie wypada także Plasma Pool. Plus na szczególną uwagę zasługuje podwójnie wykorzystane, przejmującego The Last Visit. W nim właśnie Shore wykonuje główny motyw w zdecydowanie spokojniejszej aranżacji, aby oddać dramat głównego bohatera. Towarzyszy on kiedy Brundle, (przypominam, świetna kreacja Goldbluma!) wypowiada łamiącym głosem tekst o "owadach i polityce". Jedna z lepszych scen w filmie, też dzięki muzyce Kanadyjczyka. Podobnie jak wielki finał, gdzie niby z jednej strony obserwujemy makabryczne sceny, ale tak naprawdę, też właśnie dzięki muzyce Shore'a, cierpimy i współczujemy Brundle'owi i nie mniej Veronice. W efekcie czego Cronenberg z Shorem sprawiają, że scena, która niby powinna odrażać, tak naprawdę wzrusza.

Sam film nie jest jakoś mocno przeładowany muzyką, która się pojawia właśnie tam gdzie być powinna, wykonując dobrze, a miejscami bardzo dobrze i świetnie swoje zadanie. Dlatego też sam album nie jest zbytnio długi i nawet nie trwa 40 minut. Krótki czas trwania przemawia akurat na korzyść płyty, chociaż mimo to nie dla wszystkim może ona być przystępna. Chodzi szczególnie o takie kawałki jak The Creature, czy The Ultimate Family, gdzie Shore dosłownie i nie raz awangardowo, oddaje horror tego co się dzieje na ekranie. Przy czym znowu nie można im zarzucić funkcjonalności w filmie.

Mucha film, jak i soundtrack do niego to już klasyk! Historia kinematografii oraz muzyki filmowej, której na pewno nie trzeba polecać miłośnikom współpracy Davida Cronenberga i Howarda Shore'a. Uważni słuchacze muzyki filmowej, pewnie nie tylko będą w niej widzieli/słyszeli odzwierciedlenie pewnej muzycznej epoki z orkiestrowymi nawiązaniami do takich twórców jak Jerry Goldsmith, czy , ale też zalążki przyszłych prac Kanadyjczyka, od Milczenia owiec, a na Władcy Pierścieni kończąc. Wiadomo ta miejscami cięższa, czy też odchodząca czasami w stronę awangardy muzyka, nie będzie dla wielu przystępna. Ale też nigdy nie miało to być jej zadaniem. Za to na pewno nie można odmówić jej klimatu, emocji i niezwykłego pomysłu jaki Howard Shore miał na nią. Tak jak któż mógłby przypuszczać, że najlepszą oprawą dźwiękową do filmu o naukowcy przemieniającym się w muchę, będzie opera.

"I'm an insect who dreamt he was a man and loved it. But now the dream is over... and the insect is awake."

P.S. Soundtrack do Muchy doczekał się dwóch wydań ze strony Varese Sarabande. Popularniejsze jest to na, którym obok muzyki Howarda Shore'a, znalazła się też muzyka Christophera Younga do niechlubnego sequela The Fly II (Mucha 2), z którym już sam David Cronenberg miał wiele wspólnego. Co prawda muzyce Younga nic nie można zarzucić i nawet często można się spotkać z opiniami, że jest nawet lepsza od tej Shore'a. To jednak uważam, że lepiej oddaje film, jak i zamysł kompozytora, to mniej popularne pojedyncze wydanie. I dlatego też ono posłużyło pod recenzję tej muzyki.

Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Main Title (1:55)
  • 2. Plasma Pool (1:54)
  • 3. The Last Visit (2:25)
  • 4. Stathis Enters (2:20)
  • 5. The Phone Call (2:07)
  • 6. Seth Goes Through (2:03)
  • 7. Ronnie Comes Back (0:55)
  • 8. The Jump (1:21)
  • 9. Seth and the Fly (2:21)
  • 10. Particle Magazine (1:02)
  • 11. The Armwrestle (0:51)
  • 12. Brundlefly (1:43)
  • 13. Ronnie’s Visit (0:35)
  • 14. The Street (0:43)
  • 15. The Stairs (1:25)
  • 16. The Fingernails (2:35)
  • 17. Baboon Teleportation (0:58)
  • 18. The Creature (2:08)
  • 19. Steak Montage (0:59)
  • 20. The Maggot/Fly Graphic (1:37)
  • 21. Success With Baboon (0:58)
  • 22. The Ultimate Family (1:59)
  • 23. The Finale (2:51)
Czas trwania: 37:45 min.
Komentarze

The Fly (Mucha)

Kompozytor:

  • Howard Shore

Dyrygent:

  • Howard Shore

Orkiestrator:

  • Homer Denison

Wykonawcy:

  • The London Philharmonic Orchestra

Wydawca:

  • Varese Sarabande (1986)

Producent:

  • Howard Shore
  • Richard Kraft

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl

 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2017 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie