Szukaj: w


recenzje

Once Upon a Forest (Pewnego razu w lesie)



James Horner nie bał się żadnego wyzwania. W jednej chwili potrafił chwycić za batutę i dyrygować olbrzymim składem orkiestrowym, by za chwilę zamknąć się w swojej pracowni i eksperymentować na keyboardach. Najwięcej satysfakcji sprawiały mu jednak takie filmy, które nasycone były potężnym ładunkiem emocjonalnym. Nie trudno się o tym przekonać sięgając po takie symfoniczne monumenty, jak Wichry namiętności czy Braveheart. Abstrahując jednak od kina aktorskiego, Horner wielokrotnie wspominał, że sporo frajdy sprawia mu również komponowanie do animacji. Możliwość nanoszenia na płótno partytury niezliczonej ilości muzycznych barw, dawała możliwość zabawy formami i treścią. I choć w swojej filmografii James Horner nie miał zbyt wiele tego typu produkcji, to jednak każda z nich, również mimo zbieżności stylistycznej i miałkiej oryginalności, po dzień dzisiejszy wzrusza i zachwyca. Jedną z najciekawszych i najrzetelniej skonstruowanych (moim zdaniem) opraw muzycznych tego typu, jest Pewnego razu w lesie (Once Upon A Forest).

Mówicie, że nigdy nie słyszeliście o tej animacji? Całkiem możliwe, ponieważ film zrealizowany pod szyldem Hanna–Barbera Productions, okazał się w momencie premiery całkiem sporym rozczarowaniem, dosyć szybko kończąc swój bieg po światowych kinach. Pozornie prosta historia grupki leśnych zwierzaków stała się pro-ekologiczną agitką – niezbyt wciągającą od strony fabularnej i mało atrakcyjną wizualnie. Oto bowiem przenosimy się do lasu Dapplewood, gdzie żyje czwórka przyjaciół – mysz Abigail, jeż Russell, kret Edgar i borsuk Michelle. Sielankę przerywa katastrofa ekologiczna wywołana wypadkiem ciężarówki, z której wydobywają się toksyczne substancje. Podtruwają one biednego borsuka, więc przyjaciele postanawiają wyruszyć na pełną niebezpieczeństw wyprawę w celu odnalezienia ziół niezbędnych do uzdrowienia Michelle. Proste, nieprawdaż? Przeprawa przez ten krótki, bo 70-minutowy filmik nie należy do najbardziej wymagających zadań, a umilać ją może chyba najmocniejszy element tej produkcji – oprawa muzyczna Jamesa Hornera.

Angaż do tego filmu przypadł na okres, kiedy Horner dosłownie wskakiwał z jednego pędzącego wózka na drugi. W samym roku 1993 „obskoczył” aż dziesięć produkcji – każda wyrwana jakby z innego, gatunkowego świata. Fakt, po zakończeniu prac nad Pewnego razu w lesie, na horyzoncie pojawiały się kolejne dziecięce projekty, między innymi Opowieść o dinozaurach. Ale leśne przygody zwierzaków wygrywają konkurencję nie tylko przecieraniem pewnych szlaków na tym polu, ale również niezwykle elektryzującą treścią pozornie mało istotnej ilustracji. Tylko pozornie…

Horner wypełnił filmową przestrzeń maksymalnie jak tylko mógł. I nie zrobił tego byle jak, stawiając przed nami chociażby anonimowy zestaw mickey-mousingowych dźwięków. Pierwsze co uderzyło mnie po obejrzeniu animacji, to wrażenie jakoby cała narracja (dosłownie!) opierała się na emocjach budowanych właśnie na ilustracji muzycznej. W gruncie rzeczy bohaterowie mogliby nic nie mówić poza kilkoma zaaplikowanymi odgórnie partiami musicalowymi. Ścieżka dźwiękowa doskonale poradziła sobie z wprowadzeniem widza w ten bajeczny świat i w oprowadzaniu go po cudach natury. Dramatyczne wydarzenia, jakie następują po wypadku cysterny otrzymują adekwatną porcję niespokojnych fraz okraszonych mistrzowskimi formami budowaniem napięcia i grozy. Uwagę skupia nie tyle sama treść muzyczna bogata w łatwo wpadającą w ucho tematykę, ale i sposób prowadzenia narracji oraz orkiestracje, które na tym etapie jego kariery były pewnego rodzaju novum. Dopiero przełom lat 90. i nowego millenium przyniósł serię tak zrównoważonych pod względem emocjonalnym prac.


Kolejną kwestią jest „dojrzały” sposób pojmowania filmowej rzeczywistości. Partytura Hornera rzadko kiedy oddaje się typowym dla animacji praktykom dźwiękonaśladowczym, a jeżeli nawet kompozytor decyduje się na takie zabiegi, to zamyka je w ramach ciekawego dialogu sekcji smyczkowej z dęciakami. Kwestią nadrzędną są tutaj emocje towarzyszące bohaterom oraz uzyskanie odpowiedniego progu dramaturgicznego poprzez zabawę dynamiką i tematyką. To właśnie warstwa melodyczna jest tym czynnikiem, który w pierwszej chwili zwraca uwagę odbiorcy, przekierowując ją po pewnym czasie na finezyjną strukturę pracy Amerykanina. Całość zdaje się płynąć typowym dla Hornera, wartkim nurtem pasjonujących aranży tematycznych, prowadząc widza i słuchacza do emocjonującego finału. Jak już wspomniałem wyżej, ważną częścią tej muzycznej opowieści są piosenki napisane specjalnie na potrzeby filmu i oparte na tematyce skonstruowanej przez Hornera. Można mieć trochę obiekcji co do wykonania, ale trzeba przyznać, że w warunkach filmowych sprawdzają się one wybornie.

Równie wybornie prezentuje się treść soundtracku wydanego w 1993 roku przez Fox Music. Na krążku znalazł się właściwie cały materiał, jaki powstał na potrzeby filmu Pewnego razu w lesie. Trudno było to sobie inaczej wyobrazić, skoro partytura Amerykanina jest klamrą spajającą filmową opowieść. Ingerowanie w ten monolit mogłoby co prawda poprawić estetykę samego słuchowiska (chociażby poprzez umieszczenie piosenek na końcu lub początku płyty), ale zachowując filmową chronologię łatwiej docenić słuchaczowi narracyjny geniusz tej pracy. Pracy może niezbyt oryginalnej jeżeli wnikniemy w tematyczną treść, czy też szeroko pojętą stylistykę.

Już w dziewięciominutowym utworze inicjującym film rozpoznamy wiele charakterystycznych idiomów zaczerpniętych raz to z Willow, innym razem z Pradawnego lądu. Zanim jednak udamy się w orkiestrową podróż wyobraźni po lesie, przed nami prezentacja utworu stanowiącego liryczną oś, wokół której obraca się cała sfera melodyczna. Piosenka Once Upon a Time With Me wykonywana przez Florence Warner i London Children’s Choir nie należy do najbardziej prominentnych elementów soundtracku, choć idealnie wprowadza w klimat tego słuchowiska. Ciepłego, wręcz idyllicznego w tym pierwszym akcie filmowej przygody. Wszystko rzecz jasna do momentu zawiązania się głównego wątku, tudzież wypadku, który zamienia piękną krainę w toksyczny odpad. Muzyka podąża krok w krok za tymi wydarzeniami, serwując nam zestaw burzliwych fraz, po których zanurzani jesteśmy w minorowym, lekko melancholijnym nastroju. Chwila grozy nie odbiera jednak młodym bohaterom nadziei na uratowanie przyjaciela. I tak też się dzieje w warstwie muzycznej, która mniej więcej od połowy albumu zaczyna coraz śmielej uciekać się do przygodowego, żywiołowego grania. To właśnie druga część albumu dostarczyć może najwięcej wrażeń wszystkim tym, którzy w muzyce Hornera lubią doszukiwać się aranżacyjnych smaczków. Nie brakuje również trzymającej w napięciu, świetnie rozpisanej akcji konkurującej bez większego skrępowania z najlepszymi dziełami w dorobku tego kompozytora – między innymi ze wspominanym wyżej Willow.

Szkoda tylko że perfekcyjnie opowiadana, muzyczna historia, przerywana jest czasami przez burzące tę strukturę piosenki. Utwór wykonany przez Michaela Crawforda całkiem dobrze się tu odnajduje, czego nie możemy powiedzieć o żywiołowym, gospelowym kawałku He’s Back. Powrót do zaburzonego w tym czasie nastroju będzie później bardzo trudny. Ale warto, bowiem pod koniec soundtracku czeka nas prawdziwa symfoniczna uczta, potwierdzająca tezę, że Horner jest mistrzem budowania muzycznych epilogów. W tej konfiguracji świetnym doświadczeniem wydaje się nawet powrót do piosenki wykonywanej przez Florence Warner i chór chłopięcy.

Nad kwestią powrotów do ścieżki dźwiękowej z animacji Pewnego rodzaju w lesie nie należy się zbytnio rozwodzić. Każdy, kto choć raz zasmakuje tego muzycznego, wykwintnego dania, z pewnością zapragnie częściej powtarzać to doświadczenie. Kluczowym problemem może się okazać dostępność soundtracku wydanego przez Fox Music. Nakład został bowiem wyczerpany już dawno temu, a zakup krążka na rynku wtórnym wiąże się z olbrzymimi trudnościami i kosztami. Należy więc mieć nadzieję, że któraś z prężnie działających wytwórni pokusi się o przynajmniej reedycję tego krążka. Bo póki co pozostaje zadowolić się elektroniczną wersją soundtracku dostępną na wybranych serwisach muzycznych.



Autor recenzji:  Tomek Goska
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. Once Upon A Time With Me [wyk.: Florence Warner Jones and The New London Children's Choir] (05:56)
  • 2. The Forest (09:11)
  • 3. Cornelius's Nature Lesson (03:41)
  • 4. The Accident (04:24)
  • 5. Bedside Vigil (02:15)
  • 6. Please Wake Up [wyk.: Michael Crawford] (02:36)
  • 7. The Journey Begins (08:08)
  • 8. He's Back [wyk.: Ben Vereen and The Andrae Crouch Singers] (02:00)
  • 9. Flying (04:49)
  • 10. Escaping From The Yellow Dragons / The Meadow (06:36)
  • 11. Flying Home To Michelle (06:32)
  • 12. The Children / Maybe One Day..., Maybe One Day (04:41)
  • 13. Once Upon A Time With Me / End Credits [wyk.: Florence Warner Jones and The New London Children's Choir] (05:56)
Czas trwania: 66:45
Komentarze

Once Upon a Forest (Pewnego razu w lesie)

Kompozytor:

  • James Horner

Dyrygent:

  • James Horner

Orkiestrator:

  • John Neufeld

Soliści:

  • Florence Warner, Ben Vereen, Michael Crawford (wokal)

Wykonawcy:

  • The London Symphony Orchestra
  • The NEw London Children's Choir

Wydawca:

  • Fox Music (1993)

Producent:

  • James Horner

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl

 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2017 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie