Szukaj: w


recenzje

Crown, the



Rzekome 150 milionów dolarów wydane na najnowsze dziecko Netflix zwraca się co do centa. The Crown czyli śmiały, przechodzący wszelkie oczekiwania portret brytyjskiej rodziny królewskiej zasługuje na uwagę, niezależnie czy nazywamy siebie miłośnikami kostiumowych dramatów, czy raczej stronimy od historycznych laurek służących jako pomoce naukowe przy lekcjach historii. Peter Morgan – twórca głośnej Królowej tym razem skaluje swoją ulubioną tematykę do iście monstrualnych rozmiarów. Setki statystów, skrupulatne oddanie epoki w strojach, lokacjach, armia ludzi odpowiedzialnych za casting, dekoracje, a nawet specyficzny język epoki stanowią podwaliny pod 10-odcinkowy serial, którego osią staje się koronacja Elżbiety II na królową Anglii. Dodajmy do tego jeszcze angaż Stephena Daldry'ego jako maestro na stołku reżyserskim oraz Hansa Zimmera pełniącego analogiczną rolę z pokładu kompozytorskiego i mamy wymarzony komplet.

Z tym Hansem Zimmerem, zresztą, nie jest tak jakby każdy chciał. Jego funkcja, którą w ostatnim czasie wydaje sobie głęboko cenić, sprowadza się do firmowania swoim nazwiskiem kolejnych wyczynów najbliższych współpracowników. Tutaj inspiruje właściwego autora muzyki zwinnym tematem przewodnim. Zanim ten opanuje czołówkę The Crown, wspomnijmy faktycznego, bez wątpienia gorliwego orędownika stylistyki Niemca, kompozytora, który to na swoje barki wziął całą ilustracje do produkcji Morgana i tym samym przypieczętował dla siebie nadzwyczaj pracowity rok. Mowa o Rupercie Gregsonie-Williamsie, postaci skromnej, stojącej w cieniu innych członków Remote Control Productions i, co chyba najistotniejsze, własnego brata Harry'ego. Brzmi dramatycznie? Może powinno, biorąc pod uwagę materiał, jaki brat Rupert przygotował na potrzeby dworu Buckingham.

Na pierwszy ogień idzie temat Hansa Zimmera. Nic to odkrywczego, bowiem czołówka obraca się wokół dosadnego ostinato, będącego fuzją Aniołów i Demonów i Sherlocka Holmesa. Tu jednak łatwo nabrać się na pewien trop, który może nawet nieumyślnie podsuwa nam Zimmer. Haftując swój temat z ewidentnie historycznej koronki, mamy wrażenie, że takież to będzie granie, burzliwe, nasiąknięte liturgiczną aurą i sięgające estetyką dalej niż połowa dwudziestego wieku. Pomimo, że jest to otwarcie raczej mało zaskakujące, jeżeli porównamy je do wyczynów Trevora Morrisa lub Ramina Djawadiego, to sam fakt, że ten przypadek dotyczy dynastii trwającej, jej członków z krwi i kości, napawa słuchacza pewnego rodzaju ekscytacją.

Płynne przejście do Duck Shoot ma za zadanie, o ironio, zaprezentować nam charakter i, przede wszystkim, zamysł Gregsona-Williamsa na serial. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wracamy po tej krótkiej eskapadzie do teraźniejszości, gdzie czeka nas twarde lądowanie na czymś zgoła znajomym, skonsumowanym, zwróconym i znów napoczętym. Ilość wariacji tematu z Incepcji, albo, dla bardziej dociekliwych, z Bourne Identity, wyrasta nam w ostatnim czasie jak grzyby po deszczu. Wydaje się, że każdy chce mieć swój dwunutowiec, niezależnie od tematyki aktualnie tworzonego dzieła. Tak jest i w tym wypadku. Król Jerzy VII zaprasza swojego zięcia Filipa na polowanie-inicjacje. Dla jednego jest to już koniec drogi, dla drugiego dopiero początek. Gdzieś w tle młoda Elżbieta czmycha w gabinecie swojego papy, chłonąc atmosferę Korony. Kulminacja odcinka pierwszego jest jednocześnie jego kulminacją dźwiękową.


Wszystko, co przyjdzie nam odczuć podczas muzycznej lektury The Crown to doświadczenia odtwórcze. To może być przyczyną pewnej konsternacji, już nie tylko dla wytrawnych wyłapywaczy nawiązań i kalek, ale dla każdego, kto raptem prześlizgnął się przez kasowe hity zza Oceanu. Na bazę tematyczną Gregson-Williams upatrzył sobie Ostatniego Samuraja, wspomnianą Incepcję, Frost/Nixon oraz Mrocznego Rycerza, a i to wygląda raptem jak wierzchołek góry lodowej. Pierwszy z wymienionych zaszczepia w The Letter. Incepcja służy za motor napędowy wydarzeń i szeroko pojętą bazę tematyczna (Margaret Calls Elizabeth), natomiast Frost/Nixon spowija żywiołowe, a jakże, i całkiem przystępne lirycznie w końcówce, Government. Tytuł utworu mierzi niemiłosiernie, ponieważ niebezpiecznie przybliża się do jakiegoś potworkowatego folderu z muzycznymi efektami, na przykład utwór 'Niebo' uwolni generycznie ćwierkające ptaszki, a 'Rumba' skoczną hulankę. Kwestia odpowiedniego przycisku na keybordzie. Tutaj akurat Government straszy politycznymi zapędami Nixona, co w kategoriach muzycznych wypada aż zanadto ostentacyjnie.

Dalej Gregson-Williams wydaje się prężyć swoje muskuły, próbując podejść historię z różnych tylko pozornie oddalonych od siebie kątów. Aranżacyjnie album poprowadzony jest na jedno kopyto. Postaci, jako charaktery, wypisane są tylko na trackliście, bowiem w samej ilustracji nie stanowią obiektu zainteresowania. Owszem, utwory Margaret and Townsend czy Mary and Edward funkcjonują jako osobne byty, lecz poddane są tak naprawdę zwrotom fabularnym, a nie wyborom czy, tak dobrze przecież wyszczególnionym, rysom bohaterów. Oprawa dźwiękowa wskutek tak bolesnej generalizacji zlewa się w jedną płynącą maź, która tylko miejscami wypuszcza chwytliwe bąbelki, tak jak w obijającym się o zawziętość Dark Knighta i Gladiatora In This Together lub delikatnym, kobiecym Limerick. Jest to dalej jednak za mało aby wywołać rumieńce oraz, co powinno być obowiązkiem, skojarzyć partyturę w jakikolwiek sposób z tematyką serialu. Wypielęgnowane pod każdym względem dziecko Netflix ewidentnie ignoruje oprawę muzyczną. Podczas gdy anturaż i przerażająco trafnie dobrana obsada błyszczy na tle innych komponentów, kompozycja w żaden sposób nie wychodzi przed szereg. Nie dostaje kopa, nie przynosi chluby. Jest zaczepieniem, jakimś odległym punktem na filmowej mapie, który nie ma prawa sygnalizować, jak ogromny budżet został przeznaczony na serial. Bez wątpienia, to staje się wyraźnym mankamentem branży – w The Crown, ze wszystkich aspektów składających się na jej sukces, ten muzyczny wnosi do całości najmniej.

Temu artystycznemu zaniedbaniu, nazywajmy rzeczy po imieniu, towarzyszy pewien paradoks. W epoce prostoty użytkowania i intuicyjności, najlepiej sprawdzają się artykuły schludne i łatwe w obsłudze. Taka właśnie jest Korona. Ratuje się podmiotem, który tak łatwo 'kupuje' publiczność – funkcjonalnością. Jak dawno niewidziany członek rodziny, na którego nieśmiale czekamy, choćby tylko po to, żeby się przywitać i upewnić się, że wszystko ma się dobrze. Gregson-Williams wyraźnie komponuje pod publikę, uśmiecha się do obywateli niczym Elżbieta. W serialu, mogącym udźwignąć najbardziej karkołomne rozwiązania kompozycyjne, których bez zawahania podjąłby się każdy ekspert od kostiumów (Stephen Warbeck, John Lunn), przytacza się diabelsko skuteczną recepturę rodem z makbetowskiego kotła. A zatem łączy się to, co podrywa emocjonalność historii, czemu nie wypada nie ulec. Szpikuje się album dramaturgią wpadającą w ucho. Taką, którą może poderwać serca w połączeniu z obrazem. To ma być ścieżka dla obywateli królowej. Ma zapewniać bezpieczeństwo i podkreślać pierwiastek boski – o taki przecież ocierały się najlepsze dokonania Hansa Zimmera, czyż nie? Sygnaturą wypisaną złotym atramentem niech będzie zatem Duck Shoot – utwór-rama, w którą przychodzi nam zmieścić całą muzykę z The Crown. Muzykę banalną, ale podtrzymującą coś, co dla królewskiego dworu i dworu RCP jawi się jako fundamentalne, a mianowicie – tradycja.

Sam Rupert Gregson-Williams mógłby dostąpić miana bibliotekarza wśród ogromnej kolekcji muzycznego oręża Hansa Zimmera. Piastowałby swój urząd rzetelnie, odkurzając dobytek i ucząc się na pamięć położenia dźwięków. Byłby jak filmowy Tommy Lascelles, prawdziwy kardynał Richelieu na usługach Windsorów, który na krok nie opuszcza królowej, dokumentując wszelkie poczynania i cytując, jakby od niechcenia, tłuste fragmenty najstarszych królewskich orzeczeń i rozporządzeń. Podobnie młodszy z braci Gregson-Williams. Przegląd pola ma ogromny, jest wyrobnikiem, któremu na koniec służby postawią pomnik. Czy będzie to jednak upamiętnienie twórczości czy nagroda za oddanie i trwanie w uniwersum swojego niestrudzonego mistrza, a może raczej króla?




Autor recenzji:  Tomasz Ludward
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. The Crown Main Title - Hans Zimmer (1:24)
  • 2. Duck Shoot (4:07)
  • 3. Sagana (4:32)
  • 4. Government (4:06)
  • 5. The Letter (7:56)
  • 6. Limerick (2:49)
  • 7. Edward Returns (2:02)
  • 8. In This Together (5:59)
  • 9. Margaret and Townsend (3:13)
  • 10. The Anointing (5:13)
  • 11. Someone Remarkable (4:15)
  • 12. Where Does That Leave Me? (1:39)
  • 13. Margaret Calls Elizabeth (4:01)
  • 14. Bit of Fluff (2:30)
  • 15. Dressing Down (3:09)
  • 16. Mary is Dead (1:45)
  • 17. Mary and Edward (3:31)
  • 18. Chasing Margaret (1:27)
  • 19. Head of the Family (2:41)
Czas trwania: 66:19
Komentarze
Mefisto 2017-01-07
20:29
Fajna recka. A muzyka? Sztampowa, lecz przyjemna. Trójka jak najbardziej zasłużona.
Wawrzyniec 2017-01-10
20:27
Bardzo dobra recenzja. Czysta przyjemność czytania i słuszne wnioski. I rzeczywiście praca ta oryginalnością nie grzeszy, ale skłamałbym, gdybym napisał, że jako oprawa dźwiękowa nie sprawdza się w serialu. Plus sama w sobie i pod względem wykonania prezentuje się dobrze i pomijając oryginalność, bezboleśnie się ją słucha.
Mystery 2017-01-15
17:58
Score okazuje się być jednak w porządku, choć fakt, jeden "Duck Shoot" w zupełności wystarczy jeśli chodzi o prezentację tej muzyki, z oryginalnością już tak bym nie wnikał, a z kolei z 5 w obrazie bym jednak nie szalał, aż tak to nie oddziaływało i jak na historyczne widowisko wkradała się RCP sztampa oraz powtarzalność.

Crown, the

Kompozytor:

  • Rupert Gregson-Williams

Muzyka dodatkowa:

  • Hans Zimmer (czołówka)
  • Lorne Balfe

Dyrygent:

  • Johannes Vogel

Wydawca:

  • Sony (Classical Masters) (2016)

R E K L A M A




NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl

 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2017 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie