Szukaj: w


recenzje

The Hunter (Łowca)



Gatunek tygrysa tasmańskiego oficjalnie uznano za wymarły siedemdziesiąt lat temu. Jego ostatni dowód istnienia to czarno-białe filmy rejestrujące schwytane w klatce zwierzę. Naturalnie do dziś nie brakuje zwolenników tezy, że liczne niezbadane tereny Tasmanii w dalszym ciągu zamieszkiwane są przez niewielkie stada thylacinus. Do tej pory jednak nie udało się wytropić żadnego z nich, a historie o zwierzętach widzianych przez rzekomych świadków należy włożyć między bajki. Intrygująco zatem wypada fabuła australijskiego filmu The Hunter w reżyserii Daniela Nettheima na podstawie powieści Julii Leigh. Martin David, podający się za pracownika naukowego, otrzymuje zadanie odnalezienia ostatniego żyjącego tygrysa tasmańskiego. Zleceniodawcą jest potężna korporacja, której zależy na bezcennej tkance drapieżnika. W związku z tym David wyrusza do Tasmanii i, pod płaszczykiem specjalistycznych badań, rozpoczyna polowanie.

Sam obraz to rozrywka wysokich lotów nominowana do 14 nagród australijskiej akademii. Daleko jej do wartkich produkcji stawiających sobie polowanie jako ekranowy punkt honoru. W zamian naszą uwagę skupia rodzina, w której David zamieszkuje na czas misji, a także lokalna społeczność, nieprzychylnie nastawiona do przybysza i jego nazbyt rzucających się w oczy działań. Te głównie zakładają penetrację tasmańskich lasów i montowanie prymitywnych pułapek. Przy czym David (doskonały Willem Defoe) daleki jest od jakichkolwiek interakcji z mieszkańcami miasteczka. Z oszczędną mimiką podkreślającą zagadkowość jego postaci, robi to za co obiecano mu zapłacić, trzymając się jednocześnie z dala od wszelkich problemów. Do czasu.

Za oprawę muzyczną do filmu odpowiedzialne jest trio: Matteo Zingales, Michael Lira i Andrew Lancaster. Nazwiska panów nie mówią za wiele. Dla mnie też jest to pierwszy kontakt z ich twórczością. Warto jednak w tym miejscu napomknąć, że kompozytorów od strony technicznej wspomaga w The Hunter Sam Petty. Tu lampeczka delikatnie się zapala i odsłania współtwórcę, razem z Antonym Partosem, muzyki do Animal Kingdom i całkiem niedawnego, zaskakującego The Rover. Za dosyć solidnym wachlarzem nazwisk stoi oprawa muzyczna. I choć jak wielu z nas przekonało się na własnej skórze, że im więcej bohaterów soundtracku tym często gorzej, tutaj wszystko jest pod kontrolą, imponująca kontrolą.

Stawkę otwiera temat The Last of Its Kind. Jego nazbyt dramatyczna końcówka odsłania przed nami Martina mierzącego się z rozwścieczonym drapieżnikiem. To raptem spotkanie wirtualne, a jednak poprzez zagadkowy cień egzotyki ujęty w elektronice i smyczkowym ostinato, udaje się sprecyzować naturę tygrysa. Ten już na wstępie jawi się jako przeciwnik w żadnym stopniu nieosiągalny, wręcz mityczny. Z kolei uderzająca i nagła podniosłość płynąca ze wstępu partytury kumuluje w sobie tragedie jaka spotkała ten gatunek. Po tak mocnej ekspozycji, muzyczne ślady stworzenia niespodziewanie zacierają się. Ich odsłanianie następuje powoli w kolejnych utworach, zwłaszcza Bones, The Devils Got Him i The Tiger. W tym miejscu Zingales i spółka nieśpiesznie budują nastrój tajemnicy, używając głównie przeciągłych, ciut leniwych, smyczków. Przyrządy nie pozbawione są wyrazistości, tak przecież trudnej do osiągnięcia w przypadku obecności elektroniki.

Jeśli przepadacie za ścieżkami opartymi na ambiencie, zapewne zdajecie sobie sprawę, jak trudno wykrzesać z nich oryginalność. Z jednej strony samo postawienie na taki rodzaj oprawy bywa odgórnie traktowane jako coś wciąż nowego i świeżego. Niestety, częściej hermetyczność dostępnych środków przynosi efekt odwrotny i zmusza kompozytorów do przekładania prac byle jakich, irytująco jednolitych i zbyt efekciarskich, by faktycznie łatwo i przyjemnie utożsamić je z obrazem. Na szczęście dzieło Zingalesa to przykład w pełni kontrolowany i piekielnie dobrze zespojony z filmem. By to dostrzec, nie trzeba daleko szukać. Temat przewodni, będący reprezentacją całości, a więc oddający atmosferę malowniczych miejsc, emocje ludzi oraz zadań przed nimi stojącymi, oddaje tytułowy The Hunter. To pięknie rozwijająca się linia sekcji smyczkowej prowadzona w przytłumionym tonie, aczkolwiek doniosła i bez wątpienia wzruszająca. Niestety, tą perłę odkryjemy dopiero na napisach końcowych. Szczęśliwie jednak jej duch otacza większość następujących kawałków, najbardziej zaś delikatne Bike and Sass oraz Where Are They Now – kolejny bogaty fragment, który wykrzesa muzyczną poetykę Łowcy. Również tutaj w największym stopniu kreowana jest melancholijna rzeczywistość niezamieszkałych terenów i ich sporadycznych, odizolowanych od społeczeństwa mieszkańców.

Żeby nie było tak cudownie, kompozytorzy nie wystrzegają się pułapek. Te najwyraźniej nie czyhają jedynie na tygrysa. Część patetyczną przerywają gnieniegdzie ambientowe zasieki, w których giną nie tylko płaskowyżowe żyjątka, ale także ekscytacja płynąca z konfrontacji z soundtrackiem. Przy momentach 'akcji', wkrada się ilustracyjna toporność, potwierdzająca, że i w ambiencie można popaść w mało atrakcyjny underscore. Jak niebiezpieczny i nieznośny to grunt udowadnia nam Wilderness, Steel Traps czy Burnt House. W filmie sprawują się poprawnie, na albumie, natomiast, wpadają w otchłań, z której ciężko jest nam się wydostać.

Pomimo, że The Hunter to w istocie wielowarstwowy melodramat, jego muzyczni twórczy porzucają fragmentaryczność na korzyść przestrzeni i aury. Podyktowana pod te cele syntetyczność dźwięków nie jest jednak odzwierciedleniem technik podobno brzmiącego Cliffa Martineza. Podczas gdy autor Solaris bywa czasami nazbyt przekonany o roli muzyki w filmie, trio z Australii pokornie rzeźbi napływające dźwięki, wyróżniając się przy tym głębokim zrozumieniem filmowej opowieści. Prawdą jest, że nie jest łatwo przekonać się do owych środków przy pierwszym kontakcie. Warto jednak pamiętać, że muzyka filmowa oprócz działania w filmie i wywoływania emocji, musi jeszcze powodować to coś, co często bywa nieuchwytne. Muzyce z The Hunter bez wątpienia to się udaje. To niebanalna i przejmująca kompozycja, która zachowuje kojącą widza ciągłość, a także nastraja go pod miejsce oraz pogrążonych w samotności bohaterów.




Autor recenzji:  Tomasz Ludward
Nasza ocena
Oryginalność ścieżki:
Muzyka w filmie:
Muzyka na płycie:
OCENA OGÓLNA:
Lista utworów
  • 1. The Last of Its Kind (1:57)
  • 2. The Hunter (3:59)
  • 3. Martin David (3:40)
  • 4. Bones (2:04)
  • 5. Good Lord Indeed, Mr. David (1:41)
  • 6. Jack Mindy (1:35)
  • 7. Redleaf (1:23)
  • 8. Blockade (1:38)
  • 9. The Devils Got Him (1:05)
  • 10. Wilderness (1:39)
  • 11. What Kind of Tiger? (1:13)
  • 12. Lucy Armstrong (1:12)
  • 13. Bike and Sass (1:24)
  • 14. Intruder (1:38)
  • 15. Steel Traps (2:30)
  • 16. Burnt House (1:27)
  • 17. Where Are They Now? (2:35)
  • 18. The Tiger (2:46)
  • 19. Extinct (1:30)
  • 20. Jarrah Armstrong (1:27)
Czas trwania: 38:23
Komentarze
Mefisto 2016-07-12
01:07
Ode mnie trzy mimo wszystko - ani to szczególnie pamiętne, ani też nie oddziaływuje w jakiś magiczny sposób na ekranie. Owszem, jest klimacik, score jest funkcjonalny i ma tak zwane momenty, lecz poza tym to raczej anonimowa muzyka.

The Hunter (Łowca)

Kompozytor:

  • Matteo Zingales

Muzyka dodatkowa:

  • Andrew Lancaster, Michael Lira

Orkiestrator:

  • James K. Lee

Soliści:

  • Phillip Hartl, Ursula Luxton (skrzypce), Amanda Murphy, Angela Lindsay (altówka), Andy Hines, Paul Stender (wiolonczela)

Wydawca:

  • Jetty Distribution (2011)

Producent:

  • Andrew Lancaster

R E K L A M A





NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl


 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2019 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie