Szukaj: w


recenzje

Outlander (vol 2)



Serial Outlander wyrasta na flagowy produkt amerykańskiej stacji telewizyjnej STARZ. Wysokie noty, mimo ogólnego spadku oglądalności pod koniec pierwszej serii, stawiają ten produkt w ścisłej czołówce współczesnych periodyków osadzonych na tle historycznym. Osobiście jednak podchodzę do tego widowiska z troszkę większym dystansem, bo o ile faktycznie pierwsze epizody dosłownie zniewalały swoją fabułą, to druga część sezonu dłużyła się w nieskończoność. Przed kierującym projektem Ronaldem D. Moorem (twórcą m.in. Battlestar Galactica) nie lada wyzwanie, by tchnąć nową jakość w wyczerpującą się powoli formułę.

Równie dużo pracy przed autorem ścieżki dźwiękowej Bearem McCreary, który prędzej czy później będzie musiał zmierzyć się z rutyną. Pamiętamy bowiem z jakim entuzjazmem podszedł do pierwszych odsłon Outlandera. Zamiłowanie tego amerykańskiego kompozytora do wszelkiej maści celtyckich brzmień i wschodniej etniki ujawniło się już na etapie tworzenia ścieżki dźwiękowej do Battlestara. Każdy kolejny angaż był natomiast poszukiwaniem okazji do dalszego eksperymentowania w tym zakresie. Demony Da Vinci, Black Sails, w końcu Outlander… Paradoksalnie wszystkie te tytuły mają wspólny mianownik – stojący za nimi olbrzymi sukces komercyjny i produkującą je stację STARZ. Po raz kolejny zatem Bear McCreary trafił na pokład solidnej konstrukcji zapewniającej nie tylko dużą swobodę artystyczną, ale i rozgłos towarzyszący sukcesowi widowiska.

Bardzo dużą rolę w promowaniu tej partytury miała wytwórnia Sony Classical, która na wpół z prywatnym labelem Beara, Sparks & Shadows, zdecydowała się wydać dwuczęściowy album ze ścieżką dźwiękową do pierwszego sezonu Outlandera. Pierwszy wolumen ukazał się podczas zimowej przerwy w emisji i zawierał wybrane fragmenty ilustracji z ośmiu odcinków. 50-minutowy krążek był szalenie atrakcyjnym, egzotycznie brzmiącym słuchowiskiem, o którym zresztą pisaliśmy jakiś czas temu. Wspominaliśmy również, że prawdopodobnie po wakacjach wydana zostanie druga płyta. I tak też się stało. Nakładem Sony Classical, choć już nie na terenie Polski, ukazał się 65-minutowy soundtrack, który jak się okazało był kompilacją highlightów ze wszystkich wyemitowanych do tej pory epizodów Outlandera. Oczywiście najwięcej materiału trafiło tu z odcinków 9-16, ale jak mogliśmy zauważyć, koncepcja na ten twór nieco się zmieniła. Czy zmieniła się merytoryczna zawartość drugiego wolumenu?

Absolutnie nie. Poniekąd spodziewałem się, że materiał zawarty na drugiej płycie będzie przedłużeniem pomysłów i działań podjętych już u progu prac nad serialem. Tym samym śmiało można podważyć sens istnienia tego krążka, który w moim odczuciu jest produktem niewątpliwie sympatycznym w odsłuchu, ale zupełnie nic nie wnoszącym do znanego nam już materiału. Zanim jednak postawimy krzyżyk na Outlander vol 2, zerknijmy na zawartość krążka i spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest tutaj coś, co może skłonić miłośnika muzyki filmowej do (kosztownej co jak co) inwestycji?


Początek albumu nie zrywa przysłowiowych kapci z nóg. Oto bowiem przed nami wyrasta przygotowana specjalnie na ten krążek, rozszerzona wersja tematu przewodniego. A ten, jak dobrze pamiętamy, oparty został na tradycyjnej pieśni The Skye Boat Song. Czterominutowy utwór traktować możemy jako pewnego rodzaju prezent od kompozytora – rozciągnięcie pierwotnej koncepcji na bardziej zróżnicowaną pod względem dramaturgicznym płaszczyznę. Ciekawostką jest inna niż na pierwszym krążku końcówka tej czołówki, których Bear skomponował aż 16 – do każdego epizodu inną! Przyznam szczerze, że słuchając tego krążka często pomijam rzeczoną piosenkę. Nie dlatego, że niezbyt mi ona podchodzi, ale przez wzgląd na osłuchany już wokal szanownej małżonki Beara, Rayi. O wiele bardziej podobna mi się jej miękki głos w The Summoning, który z wielkim poszanowaniem podchodzi do mistycznego motywu Dance Of The Druids z wolumenu pierwszego. Drugi krążek rozwija też tematykę miłosnego wątku między Claire a Jamie. I tak, jak w poprzednim albumie flagowym nośnikiem liryki był The Wedding, tak tutaj otrzymujemy niejako kontynuację tej myśli w ciepłym The Key To Lallybroch. Wszystkie te elementy krzyżują się w zamykającym film i soundtrack Setting Sail, gdzie przedstawiona nam zostaje bardzo radosna suita tematyczna.

Nie chciałbym mówić, że Outlander vol 2 ukierunkowany jest głównie na muzyczną akcję, ale zawartość krążka nie pozostawia złudzeń. Dominują oprawy do pościgów, bitew i montaży z podróży. Zatem miłośnicy rytmicznych utworów, gdzie prym wiedzie sekcja perkusyjna z towarzyszącymi jej dudami powinni być ukontentowani. I chociaż To Wentworth, Tracking Jamie i On The Road bardziej zakorzenione są w celtyckich tradycjach muzycznych, nie znaczy to, że Bear pozostaje obojętny wobec wypracowanych przed laty schematów. W dalszym ciągu w ciemno można rozpoznać muzykę akcji przez niego komponowaną. Osłuchaną do bólu, ale niezmiennie sympatyczną i wpadającą w ucho. Paradoksalnie, niektórym frazom bliżej będzie do opus magnum twórczości McCreary'ego - Battlestara - aniżeli do analogicznych utworów z początkowych epizodów Outlandera. Żeby nie być gołosłownym posłużę się przykładem Charge Of The Highland Cattle, gdzie słyszymy charakterystyczny, militarystyczny werbel i smyczkowo-perkusyjne „akcenty” wieńczące pewne frazy.

Skoro o tradycji mowa, to nie sposób nie wspomnieć o stałym elemencie tego typu produkcji, czyli o diegetycznych utworach stanowiących integralną cząstkę świata przedstawionego. Na drugim soundtracku mamy dwa takie wynurzenia – dworską pieśń An Fhìdeag Airgid oraz przyśpiewkę Wool Waulking Songs. Nic nadzwyczajnego można rzec, ale w jakimś stopniu urozmaica to paletę brzmień soundtracku. Bardziej aniżeli kompletnie jałowe The Devil’s Mark, albo równie underscore’owe Tale Of The Tusks (bez skojarzeń politycznych).

I tu powracamy do postawionego wcześniej pytania o sens nabywania tego albumu. Wszak pierwszy wolumen poniekąd wyczerpał tematyczne możliwości Outlandera. W moim odczuciu całą sprawę można było rozegrać inaczej. Zamiast wydawać dwa kilkudziesięciominutowe soundtracki można było dobrać materiał tak, aby wszystko co najważniejsze zmieściło się na jednym krążku. Tylko czy wtedy nie ucierpiałaby na tym szeroko pojęta słuchalność takiego monstrualnego wydania? Na to pytanie każdy będzie sobie musiał odpowiedzieć indywidualne. Pewne jest jedno – jeżeli nie czujecie fanowskiego przywiązania do rzeczonej serii i twórczości Beara McCreary'ego, może warto rozważyć pozostanie przy pierwszym, a dostępnym na naszym rynku albumie.


Inne recenzje z serii:
  • Outlander (season 1, vol 1)
  • Outlander (season 2)
  • Outlander (season 3)

    Autor recenzji:  Tomek Goska
    Nasza ocena
    Oryginalność ścieżki:
    Muzyka w filmie:
    Muzyka na płycie:
    OCENA OGÓLNA:
    Lista utworów
    Czas trwania: 65:04
    Komentarze
    Mefisto 2015-11-04
    21:14
    Pierwszy album na pewno przystępniejszy i lepszy - drugi ujmy nie przynosi, ale jest bardziej dla fanów. Tak czy siak to wciąż solidne granie - czy jak nic.
    Mystery 2016-02-06
    12:00
    Muzycznej przygody ciąg dalszy, może nie jest to tak rozciągnięte jak sam serial, ale ten vol już się dłużył, oparty o poznaną wcześniej tematykę i atmosferę może wiele nowego nie zaproponował, ale wciąż słuchało się przyjemnie.

  • Outlander (vol 2)

    Kompozytor:

    • Bear McCreary

    Dyrygent:

    • Bear McCreary

    Orkiestrator:

    • Bear McCreary

    Soliści:

    • Raya Yarbrough (wokal)

    Wydawca:

    • Sparks & Shadows
    • Sony Classical (2015)

    Producent:

    • Bear McCreary

    R E K L A M A





    NASI PARTNERZY:



    Poki.pl
    Grydladzieci.pl


     
    Strona hostowana przez
    www.twojastrona.pl
    Copyright © 2005-2018 FilmMusic.pl.
    Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
    Projekt i wykonanie