Szukaj: w




11. FESTIWAL MUZYKI FILMOWEJ W KRAKOWIE - relacja



"To miasto ma najlepszy festiwal muzyki filmowej na świecie!" - takie słowa miał Hans Zimmer powiedzieć goszcząc w Krakowie. Cztery lata minęły i wraz z kolejnymi edycjami ów cytat powraca jak bumerang. I w tym roku podczas już 11. odsłony święta muzyki filmowej Olga Bołądź nie zapomniała, aby zacytować słów słynnego Niemca. Z jednej strony nie ma co się dziwić, gdyż każdy z nas lubi komplementy. A jeżeli wygłasza je jeden z największych współczesnych, hollywoodzkich kompozytorów, to wiedz, że coś się dzieje. Jednak należy pamiętać, że owe słowa wygłoszone zostały cztery lata temu, gdzie obok Hansa Zimmera, gośćmi festiwalowymi byli Patrick Doyle, Dario Marianelli, i Elliot Goldenthal, a koncerty tematyka, rozmachem i wykonaniem zachwycały publiczność. A patrząc na tegoroczny program i listę gości, gdzie zresztą nie wszyscy się pojawili, można się zastanawiać na ile te słowa teraz w 2018 roku, mają jeszcze pokrycie?

PENDERECKI2CINEMA



Festiwal rozpoczął się koncertem, poświęconym przede wszystkim osobie Krzysztofa Pendereckiego. Zgodnie z rozpoczętą tradycją, co drugi rok pierwszy koncert odbywa się w Katowicach, gdzie wręczana jest nagroda „Kilar Award” i tak też stało się w tym roku. Prestiżowe wyróżnienie w tym roku przypadło wybitnemu brytyjskiemu minimaliście, Michaelowi Nymanowi. Niestety pierwszy raz w historii FMFu doszło do ewenementu, że kompozytor nie odebrał nagrody osobiście, zamiast tego zjawił się jego producent. Wielka szkoda, bowiem obecność Nymana z całą pewnością podniosłaby prestiż tegorocznej edycji oraz znacząco urozmaiciłaby dość betonową w tym roku plejadę gości.

Następnego dnia koncert powtórzono w Centrum Kongresowym ICE. Wydarzenie zbiegło się z nadaniem sali imienia Krzysztofa Pendereckiego, co dało okazję szeregowi osób do wychwalania akustyki pod niebiosa (mocno na wyrost i trochę niezgodnie z prawdą). Sam koncert rozpoczął się Trzema utworami w dawnym stylu polskiego kompozytora, jedynymi kompozycjami, które skomponował specjalnie na potrzeby filmów. Dwa menuety oraz aria, zaskakująco„nie-pendereckie”, uświetniły filmy Wojciecha Hasa – Rękopis znaleziony w Saragossie oraz Passacaglia na Kaplicę Zygmuntowską. Część typowo filmową zamknęła suita z Fortepianu tegorocznego laureata Nagrody im. Kilara. Paradoksalnie, wykonanie przewrotnie nazwanego utworu Fortepian na skrzypce nie zawierało partii fortepianowych. Mimo tego braku, suita wypadła znakomicie i orzeźwiająco nostalgicznie, stanowiąc swego rodzaju przeciwwagę dla znacząco cięższego materiału prezentowanego w dalszej części koncertu. Wielka szkoda, że nie zaprezentowano szerzej twórczości Michaela Nymana. Biorąc pod uwagę jednak nieobecność samego Anglika oraz dedykację koncertu dla prof. Pendereckiego, jest to zabieg zrozumiały i pozostaje mieć nadzieję, iż nazwisko znanego minimalisty powróci jeszcze na Festiwal w splendorze mu przysługującym.

Pierwsza część koncertu zakończyła się światową premierą Koncertu na trąbkę i orkiestrę smyczkową Elliota Goldenthala, który po raz kolejny zaszczycił FMF swoją obecnością. Utwór zadedykowany został Tadeuszowi Kościuszce, jako postaci łączącej Polskę i Stany Zjednoczone. Charakterystyczne dla amerykańskiego kompozytora brzmienie smyczków oraz zabiegi rytmiczne w połączeniu z szaleńczo zmiennymi solówkami w wykonaniu TineThingHelseth stanowiły mocny punkt przed przerwą i częściowo pozwoliły zaspokoić głód, wynikający z braku nowych utworów filmowych spod pióra Goldenthala. Za ciekawostkę można uznać wykorzystanie przearanżowanej wersji… hejnału Mariackiego.

Druga część koncertu była już w pełni poświęcona twórczości Krzysztofa Pendereckiego. Ściślej rzecz ujmując, zaprezentowano cztery jego klasyczne już utwory, które zostały wykorzystane przez reżyserów w filmach. Rozpoczęto wybitnym Trenem Ofiarom Hiroszimy, by następnie przejść do czwartej części Symfonii nr 3, Passacaglia – Allegro Moderato. Mroczne, zimne staccato smyczkóww towarzystwie kadrów z Wyspy tajemnic Martina Scorsese oraz Katynia Andrzeja Wajdy zasiały aurę grozy i stanowiły być może najintensywniejszy emocjonalnie punkt programu. Po mocnym uderzeniu publiczność mogła wtopić się w psychodeliczny świat Polimorfii, a następnie przystąpić do stojących owacji po kończącym wieczór fragmencie Symfonii nr 2. Można mieć małe zastrzeżenia do takiego zakończenia koncertu – spośród wszystkich utworów, ten jawił się jako najmniej intrygujący ze wszystkich i wspomniana Passacaglia z trzeciej symfonii stanowiłaby znacznie mocniejsze zakończenie koncertu. Niezależnie jednak od doboru repertuaru, wielkie oklaski należą się dla znakomitego Dirka Brossé, który bezbłędnie poprowadził Narodową Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia, uwypuklając publiczności wszelkie walory prezentowanych utworów. Większe wątpliwości można mieć jedynie do samej koncepcji koncertu, który niezależnie od tego, jak wielki szacunek mamy dla Krzysztofa Pendereckiego i w ilu filmach wykorzystano jego muzykę, zasadniczo zawierał „mało muzyki filmowej w muzyce filmowej”. Z drugiej strony twórczość wybitnego polskiego kompozytora w znaczący sposób wpłynęła na kształt obecnego brzmienia muzyki filmowej, a długie owacje na stojąco nakazują wnioskować, iż rzeczywiście na koncert przyszły osoby żywo zainteresowane tego typu muzyką. Niezależnie jednak od poglądu na sam repertuar, wieczór w ICE stał pod znakiem wybitnej muzyki w znakomitym wydaniu.

Relacja: Daniel Krause

SCORING4POLISH DIRECTORS



Drugi wieczór w krakowskim ICE kontynuował zapoczątkowaną trzy lata temu tradycję promowania muzyki, pisanej dla polskich reżyserów. Po Andrzeju Wajdzie i Romanie Polańskim, tym razem zaszczytu dostąpiła Agnieszka Holland, chociaż w nieco mniejszym niż wymienieni panowie zakresie. Z jakiegoś powodu bowiem muzyce do filmów polskiej reżyserki poświęcono jedynie drugą część koncertu. Muzykę pod batutą Marka Mosia zaserwowała orkiestra AUKSO.

Pierwsza część stała pod znakiem składanki wszystkiego, co można było podpiąć pod tytuł koncertu, „Scoring4PolishDirectors”. Rozpoczęto suitą z Człowieka z magicznym pudełkiem Sandro di Stefano. Pomijając fakt, iż włoski kompozytor dostał za nią Złotego Lwa w Gdyni, zastanawiająca jest obecność tej muzyki na koncercie tej rangi. Niestety kompozycja Włocha nie wyróżniła się zupełnie niczym i stanowiła bardzo niemrawe i chyba niepotrzebne rozpoczęcie wieczoru. Sytuację znacznie poprawiła suita z Twojego Vincenta Clinta Mansella, kolejnego kompozytora, który na festiwalu miał się zjawić, czego jednak nie poczynił. Szkoda. Kompozycja, jakkolwiek z oczywistych powodów różniąca się od oryginału (zabrakło elektroniki, zmieniono również nieco instrumentację), wybrzmiała jednak bardzo korzystnie i pomogła wyrwać publiczność z letargu. Należy tu nadmienić o udziale chóru CracowSingers, który w tym utworze, jak i wwielu następnych nadawał głosu melodiom. Przed przerwą publiczność została uraczona dwoma kompozycjami Radzimira Dębskiego (ps. JIMEK), z filmówSztuka kochania oraz Atak paniki. Kompozytor osobiście podjął batutę.Choć utwory miejscami skupiały się bardziej na zabawie formą oraz instrumentacją, aniżeli na treści muzycznej, pomysłowość młodego kompozytora oraz sceniczny wigor wniosły kolejny powiew świeżości do Centrum Kongresowego. Szczególnie korzystnie wypadła duszna, atmosferyczna muzyka z Ataku paniki, stanowiąca solidne zakończenie pierwszej części.

Druga część była już w pełni poświęcona filmografii Agnieszki Holland. Po raz kolejny pojawił się problem z nietrafionym początkiem. Suita z W ciemności Antoniego Komasy-Łazarkiewicza przez wzgląd na swój mocno wyciszony, atmosferyczny underscore znacznie lepiej sprawdziłaby się wrzucona gdzieś między inne utwory. Jako rozpoczęcie sprawdziła się niestety nieco usypiająco. Ożywienie nastąpiło wraz z suitami z filmówCałkowite zaćmienie, Plac Waszyngtona oraz Trzeci cud, autorstwa Jana A.P. Kaczmarka. Śliczne wokalizy oraz niesamowita lekkość ręki stałego bywalca FMFu stanowiły niezwykle przyjemne przypomnienie (a dla wielu słuchaczy z pewnością i zapoznanie) mniej eksploatowanej części twórczości zdobywcy Oscara. Następnie zaprezentowano Fantasię na tematy z House of Cards Jeffa Beala. Biorąc pod uwagę, że Holland reżyserowała cztery odcinki tego serialu, obecność tej suity wydaje się trochę naciągana, niemniej nowa aranżacja wypadła dość interesująco, choć lepiej odnalazłaby się w bardziej eklektycznej części pierwszej. Kolejnym mocnym punktem programu były kompozycje Zbigniewa Preisnera z filmówEuropa, Europa oraz Tajemniczy ogród. Ewenementem było pojawienie się kompozytora osobiście. Jest to zdarzenie tym bardziej pozytywne, iż twórczość Polaka stanowi wyjątkowe miejsce na mapie polskich kompozycji filmowych i jego głosu w repertuarze FMFu brakowało już od dawna. Cieszy zatem nawet ta mała namiastka, szczególnie, że zaprezentowane utwory są po prostu piękne i razem z kompozycjami Kaczmarka stanowiły o zdecydowanie najbardziej zachwycających momentachwieczoru. Koncert zakończył się suitą z filmu PokotKomasy-Łazarkiewicza, która w bardzo klimatyczny i charakterny sposób zamknęła całość.

Cieszy uwypuklenie twórczości świetnych polskich kompozytorów (szczególnie Preisnera), można się było jednak spodziewać szerszego przedstawienia twórczości Agnieszki Holland zamiast pierwszej części. Zarówno JIMEK, a tym bardziej Clint Mansell jakoś by znieśli, gdyby ich kompozycje zostały zaprezentowane przy innej okazji. Natomiast z filmografii polskiej reżyserki zabrakło kilku pięknych pozycji (chociażby Zabić księdza z dwoma wersjami muzyki, autorstwa Preisnera i Georges Delerue!), jak i pełniejszego przedstawienia niektórych kompozycji (suita z Tajemniczego ogrodu mogłaby być znacznie dłuższa). Odkładając jednak na bok narzekania, jakkolwiek uzasadnione, koncert w swej różnorodności oraz urodzie z pewnością stanowił jeden z lepszych punktów tegorocznego FMFu, a tradycja warta jest kontynuowania. Skoro już zaproszono Preisnera, to może za rok Scoring4Kieślowski…?

Relacja: Daniel Krause

PIĘKNA I BESTIA (2017) LIVE IN CONCERT



Trzeciego dnia Festiwalu idealnie z myślą o najmłodszych widzach z okazji Dnia Dziecka odbył się w Tauron Arena koncert symultaniczny do Pięknej i Bestii Disneya z 2017 roku. Wielu od nas z redakcji wychowało się na klasycznej animowanej wersji z 1991 roku, jednak decyzja Festiwalu, aby postawić na najnowszą wersję nas specjalnie nie dziwi. Choć można mieć różny stosunek do najnowszej taktyki Disney'a polegającej w pewnym sensie na recyclingu ich animowanych klasyków i przerabianiu na aktorskie wersje, to jednak przynoszą one ogromne zyski. A już w szczególności najmłodsi widzowie, kojarzą w pierwszej linii te nowsze wersje od tzw. klasyków. Tak też wybór zrozumiały, a i hala zapełniła się niezwykle zmiksowaną publicznością, gdzie też nie zabrakło dzieci wraz z rodzicami.

Piękna i Bestia z 2017 roku to też swoisty recycling jeżeli chodzi o materiał muzyczny. Ba, można mówić nawet o auto-recyclingu, gdyż Alan Menken w większości przepisał i przearanżował swoją nagrodzoną Oscarem ścieżkę dźwiękową. Piosenki też w większości zostały te same tyle że śpiewane przez innych wykonawców.

Jako, że mieliśmy do czynienia z koncertem z myślą o najmłodszych film wyświetlany był w polskiej wersji językowej. Podobnie jak i wykonywane na żywo piosenki, śpiewane były po polsku przez Sylwię Banasik, Huberta Zapióra, Damiana Aleksandra, Ewę Konstancję Bułhak, Annę Zawiszę, Przemysława Głapińskiego, Saszę Reznikova i Adama Radnickiego. Okiestrę Akademii Beethovenowskiej oraz Chór Polskiego Radia dyrygował Erik Ochsner.

Pod względem wykonania nie można było mieć więcej zarzutów. Orkiestra grała dobrze, a ile razy pojawiały się muzyczne nawiązania do klasycznej kompozycji Menkena z przepięknym tematem łącznie, to od razu serce miłośnika muzyki filmowej biło szybciej. Tak samo wykonywane piosenki wypadły dobrze. A już sam fakt, że wykonywane były na żywo przez utalentowanych artystów dawało większe poczucie, że mamy do czynienia z koncertem niż tylko projekcją filmu. Choć od paru osób, którzy siedzieli w dalszych rzędach, usłyszeliśmy potem, że właśnie owe piosenki było gorzej słychać. Ale tutaj pewnie też sporą rolę gra, sama specyfika Tauron Areny, gdzie dźwięk nie rozchodzi najlepiej.

Koncert Pięknej i Bestii należy zaliczyć do udanych i jeżeli w pierwszej linii skierowany był do młodszej publiczności to tym bardziej odniósł sukces. W tym miejscu jako redakcja musimy się uderzyć w piersi. Gdyż sami obawialiśmy się płaczących, krzyczących i rozbrajających dzieci, o tyle te zachowywały się bardzo grzecznie. Rośnie nam nowe pokolenie muzyki filmowej jak widać.

Relacja: Maciej Wawrzyniec Olech

DANCE2CINEMA: All About Almodóvar | Funk & Folk: Atli Örvarsson & Torrek



Tego samego dnia, czy też bardziej wieczoru, a dokładniej o godzinie 22:00 w Muzeum Inżynierii Miejskiej na Kazimierzu odbył się inny, niezwykły koncert. Rok temu FMF wystartował z ciekawym pomysłem pt. "Dance2Cinema", kiedy to na placu Nowaka Jeziorańskiego publiczność tańczyła do filmowych hitów Giorgio Morodera. Idea była prosta, aby wyciągnąć muzykę, piosenki filmowe ze sztywnych sal i hal koncertów i pozwolić publiczności się bawić. W tym roku koncert podzielony został na dwie części. W pierwszej pt. All About Almodovar charyzmatyczna piosenkarka Esther Ovejero zaśpiewała piosenki (jak nazwa sugeruje) ze słynnych filmów Pedro Almodovara, takich jak chociażby Volver, Wysokie Obcasy, Kobiety na Skraju Załamania Nerwowego, czy Drżące Ciało. Miłośnicy hiszpańskiego reżysera, jak i też hiszpańskich klimatów powinni być więcej niż zadowoleni. W drugiej części z Półwyspu Iberyjskiego, dzięki Atli Örvarssona & Torrek przenieśliśmy się na chłodną północ, przy czym atmosfera zrobiła się jeszcze gorętsza. Podczas komponowania ścieżki dźwiękowej do filmu The Eagle (Dziewiąty Legion) (2011) wychowanek Hansa Zimmer założył zespół Torrek łączący elementy islandzkiej, jak i irlandzkiej muzyki ludowej. I tak przy skocznych rytmach skrzypiec i akordeonu islandzki kompozytor wraz ze swoim zespołem oczarowali nas tę niezwykle chwytliwą muzyką. Cała sala skakała i tańczyła do późna w nocy. Szczególnie pewna dwójka mężczyzn nie gardzących alkoholem, wprawiała w osłupienie publiczność swymi wyczynami na parkiecie. I mimo, że w hali Muzeum Inżynierii Miejskiej było duszno jak w fińskiej łaźni, mało kto miał ochotę opuszczać to miejsce. Co prawda przy większej liczbie gości nie byłoby już w ogóle czym oddychać, ale z drugiej strony szkoda, że ten koncert nie był aż tak zareklamowany, czy też popularny. Ci co nie byli niech żałują, gdyż kto wie, czy nie ominął ich najlepszy koncert tegorocznego festiwalu. I piszemy jak najbardziej poważnie, że ten skromny, niepozorny, można by rzecz "koncercik", przerósł wielce reklamowaną główną Galę, ale o niej już niebawem więcej.

Relacja: Maciej Wawrzyniec Olech

CINEMATIC PIANO: Lion. Droga do domu - Hauschka & Dustin O'Halloran



Wspólne komponowanie niesie ze sobą pewne ograniczenia ale również unikalne doświadczenie. Tak było z Dustinem O’Halloranem i Volkerem Bertelmannem, pseudonim Hauschka, którzy pracę nad Lion. Droga do domu, Gartha Davisa, zaczynali w dwóch różnych strefach czasowych, a zatem w dwóch różnych światach - Hauschka w swoim studio w Düsseldorfie, O’Halloran w Los Angeles. Ich praca nad tym projektem przebiegała według ustalonego rytmu. Panowie komponowali swoją część, po czym wymieniali się pomysłami (i plikami) przez Dropboxa. Gdy jeden szedł spać, drugi się budził, otwierał folder i odsłuchiwał, co przez noc udało się skomponować temu drugiemu. Gdy materiału było już wystarczająco dużo obaj przenieśli się do studia w LA, gdzie spędzili 4 tygodnie, szlifując zarejestrowany materiał.

Owoc ich pracy przyszło nam usłyszeć podczas Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Koncert w ramach Cinematic Piano odbył się w Centrum Kongresowym ICE Kraków, 2 czerwca o godzinie 15.00. I choć pora była wczesna, a temperatura na zewnątrz bardzo wysoka, scena koncertowa została zaaranżowana adekwatnie do oszczędnej, momentami chłodnej i w pełni wymagającej skupienia muzyki obu kompozytorów. Na scenie: niemiecki mistrz preparowanego fortepianu oraz amerykański minimalista. Obaj przy klawiaturach dwóch, scalonych ze sobą instrumentów, przygotowanych do ponad godzinnej improwizacji o Lion. Droga do domu ale także solowych dokonaniach artystów. Wśród tych znalazły się, między innymi, kompozycje z albumu Vorleben (Opus 54 i Opus 37), jak również Opus 55 z Lumiere - to O’Halloran oraz fragmenty Abandoned City (Elizabeth Bay) to Hauschka. Aranżacje cechowały się elegancją, refleksyjnością i głębokim oddaniem kompozytorów do własnego, rozpoznawalnego stylu.

Według zamysłu reżysera, indyjska część Lion leży w zakresie muzycznego warsztatu Hauschki, natomiast część australijska spoczywa na barkach O’Hallorana. To dobry podział, któremu kompozytorzy poddali się również w Krakowie. Hauschka szukał swoich dźwięków, preparując pianino na kształt perkusjonaliów i smyczków (tak samo jak w filmie). O’Halloran skupiał się na potencjale klasycznych aranżacji. Kiedy Hauschka uciekał w eksperymenty, Amerykanin odpowiadał prostotą i dokładnie wymierzonym dramaturgią, której punkt kulminacyjny zaplanował w temacie przewodnim z Lion. I była to wersja o tyle ciekawa, o ile pozbawiona smyczkowej otoczki, która w filmie intensyfikowała siłę melodii - porównajcie Lion Theme z Searching for Home a wyczujecie różnicę. To też sprawiło, że O’Halloran wydobył na wierzch prawdziwą istotę swojej twórczości - wyrazistość i konsekwencję w kreowaniu unikalnego muzycznego świata opartego na dźwiękach pianina.

Na osobne miejsce zasługuje hołd, jaki muzycy oddali zmarłemu w lutym Johannowi Johannssonowi. Islandczyk był bliski O’Halloranowi - przyjaźnili się i razem nagrywali. Podczas krakowskiego koncertu usłyszeliśmy Flight From The City z płyty Orphee Johannssona, ostatniej w jego autorskim, nie-filmowym dorobku. I był to, bez dwóch zdań, najbardziej wzruszający akcent tego popołudnia.

Hauschka i O’Halloran dodali festiwalowi powagi i oryginalności, a sam ich koncert był ładnym ukłonem w stronę bardziej wymagającej publiczności. Ponoć idea recitalu, którego inspiracją jest Lion zrodziła się podczas jednej z branżowych kolacji poprzedzającej rozdanie Oskarów. To wówczas nieoficjalną premierę miała suita z filmu, którą obaj panowie spontaniczne zaprezentowali zgromadzonym gościom. To również dało pretekst, by ugościć ich na tegorocznym festiwalu w Krakowie.

Relacja: Tomasz Ludward

VIDEO GAME MUSIC GALA



Pewną tradycją Krakowskiego Festiwalu Muzyki Filmowej stały się muzyczne gale, gdzie wręczane są także festiwalowe nagrody FMF Young Talent Award i FMF Ambassador Award. Mają one być najważniejszą częścią festiwalu, jego wielką celebracją. Wraz z ogłoszeniem programu tegoroczna gala budziła pewne kontrowersje jako, że organizatorzy postawili na muzykę z gier komputerowych i konsol. Zważywszy na ich popularność decyzja ta może się zdawać zrozumiała. Z drugiej strony dalej wiele osób uważa, że muzyka z gier nie równa się tej filmowej. Oprawa miała w założeniu temu przeczyć. Na scenie tradycyjnie pojawiła się Orkiestra Akademii Beethovenowskiej pod batutą Ludwiga Wicki, Chór Pro Musica Mundi, a wśród solistów znalazła się słynna wiolonczelistka Tina Guo, jak i nie mniej znana i stała bywalczyni FMFu flecistka Sara Andon. Oprawa graficzna na wielkim ekranie z tyłu orkiestry, z nawiązaniami do gier jak i drobnymi żarcikami w stronę kompozytorów też mogła się podobać. Tylko sam materiał muzyczny, jak w i w ogóle przygotowana na ten wieczór setlista pozostawiała wiele do życzenia.

Już na samym początku dziwić mogła obecność Elliota Goldenthala wśród zaproszonych kompozytorów. Nie powinna dziwić jego obecność na Festiwalu, zważywszy, że na przestrzeni lat stał się on stałym jego bywalcem. Tyle, że fakt, że skomponował muzykę do ADAPTACJI GRY, a nie samej gry Final Fantasty: The Spirits With Us sprawiało wrażenie, jakby został do tej gali podczepiony trochę na siłę. Cztery lata temu amerykański kompozytor zachwycił krakowską publiczność swoją Grand Gothic Suite. Tym razem na rzecz kolejnej gali znowu napisał kolejną suitę, inspirowaną wymienionym wyżej filmem w oparciu o słynną japońską serię gier. Zdobywca Oscara nie zawiódł i Final Fantasy: The Spirit Within Suite miała prawo się podobać, od tematyki po wykonanie. Jednocześnie Goldenthal wyrządził innym zaproszonym kompozytorem niedźwiedzią przysługę, dobitnie pokazując przepaść między jego kompozycją (filmową), a tą z gier. Pewien eklektyzm i różnorodność kompozycji, także jeżeli chodzi o ich poziom techniczny, były co prawda zawsze elementem owych gal. Ale jak do tej pory różnice poziomów nie były tak odczuwalne jak w tym roku. Najbliżej do suity Elliota Goldenthala, co nie powinno nikogo zdziwić, zbliżyła się ta z serii Medal of Honor Michaela Giacchino (znowu nieobecnego na festiwalu), którą rozpoczęto ten koncert. Przy czym właśnie owa seria otworzyła Amerykaninowi drogę do wielkich hollywoodzkich produkcji i dlatego tak bardzo filmowo ona brzmiała tego wieczoru. Było to dobre otwarcie, podobnie jak dobrze wypadła suite'a do Silent Hill w oparciu o muzykę niedawno zmarłego Daniela Lichta. Jego asystent Norman Kim, który pojawił się na scenie wraz z Tiną Guo złożyli dobry muzyczny hołd kompozytorowi, którego suite'a z Dextera przed dwoma laty zachwyciła krakowską publiczność.

Słynnej wiolonczelistki nie mogło też zabraknąć, kiedy na scenie pojawił się Austin Wintory i dyrygował swoją piękną muzykę z gry Journey. Był to na pewno ładny i udany występ, przy czym zagrane zaraz potem jego inne kompozycje do ABZU Assasin's Creed Syndicate choć dalej ładne to już były mnie porywające. I w pewnym sensie zwiastowały one pewien letarg w jaki miała te gala podążyć.

Kompozycje Richarda Jacquesa na rzecz Headhunter czy gry James Bond 007> Blood Stone nie wyrwały się ponad bycia dobrymi technicznymi kompozycjami. Podobnie jak te od Eimear Noone na rzecz słynnej serii World of Warcraft i Lifeline, które choć posiadały wszystkie elementy episkiego fantasy, to jednak nie wychodziły ponad pewne sprawdzone i już trochę nudne ramy gatunku.



W pierwszej części koncertu rozdane zostały też FMF Young Talent Awards. Aspirujący kompozytorzy dostali niewdzięczne zadanie skomponowanie pod scenę właśnie z owej wspomnianej gry na podstawie przygód słynnego Agenta 007. Nie mogli przy tym cytować, ani nawiązywać muzycznie do słynnych filmów i dokonań takich gigantów jak John Barry czy David Arnold. Wygrała więc kompozycja pasująca do obrazu i w sumie tyle można o niej powiedzieć.

W drugiej części gali rozdana została tradycyjnie nagroda dla Ambasadora FMF, którą tym razem otrzymało studio CD PROJEKT RED znane przede wszystkim za gry z serii Wiedźmin. I naturalnie muzyki z serii o Geralcie za którą odpowiadają Piotr Musiał, Marcin Przybyłowicz i Mikołaj Stroiński nie mogło zabraknąć na gali. Ba, była ona przez prowadzących jako to wielkie wydarzenie tej gali i jakże znana jest ona na całym świecie. Przy tym wszystkich zachwytach i podniesionych oczekiwaniach The Witcher 3 Suite wypadło nad wyraz nieciekawie. W przeciwieństwie do koncertu Wiedźmina przed dwoma laty brak zespołu Percival ze swoimi folkowymi, ludowymi wstawkami był mocno odczuwalny. Gdzieś cała ta muzyka zatraciła swoją wyrazistość i została dość schematyczna ilustracja operująca wszystkimi kliszami gatunku fantasy. Inny polski akcent suite z Phantom Doctrine znowu Marcina Przybyłowicza i Jana Sanejko też jakoś tak minęła nie pozostawiając wiele w pamięci. Co najwyżej ból ze zmarnowania potencjału Tiny Guo, która zagrała parę drapieżnych aktów i tyle.

Kiedy Gala zaczęła się już dłużyć, też niestety przez zasługę dość nieciekawej muzyki, pojawił się Jesper Kyd. Duński kompozytor zaprezentował suity ze swoich najsłynniejszych prac taki jak Assassin's Creed 2 i Hitman. Świetnie zaaranżowana, barwna i pomysłowa muzyka ruszyła wreszcie życie w Tauron Arenę. Właściwie to można byłoby nawet wykonać więcej utworów z obu tych tytułów, czy innych prac Kyda i cała gala o wiele byłaby lepsza. Po utworach Duńczyka, przyszła pora na wspomnianego na początku Elliota Goldenthala. I w sumie byłoby to dobre i mocne zakończenie tej gali. Po dobrym początku i nieciekawym środku, otrzymalibyśmy dwa mocne elementy w postaci muzyki Kyda i Goldenthala. O dziwo jednak organizatorzy postanowili dać na zakończenie dwie suity Christophera Drake'a do gier Batman: Arkham Origins i Injustice I & II. Wiadomo, że każdy lubi Batmana, ale muzyce Drake'a tak daleko do dokonań Danny'ego Elfmana, Elliot Goldenthala, czy Hansa Zimmera, jak Jokerowi do bycia porządnym obywatelem. Jakiś klimat ta muzyka posiadała, ale poza tym nie miała nic więcej do zaoferowania i była dość smutnym i symptomatycznym zakończeniem tej gali.

I znowu, to nie jest tak, że gala poświęcona muzyce z gier musi być złym pomysłem. Gdyż chociażby lepszy dobór tytułów już mógłby wiele zmienić. Dziwne, że nie znalazło się chociażby miejsce dla Jeremy'ego Soule'a, którego kultowe Dragonborn z gry Elder Scrolls V: Skyrim jest grane na prawie wszystkich eventach związanych ze światem gier. Pojawił się utwory z dwóch gier z serii Assassin's Creed to równie dobrze można byłoby dać główny i dobry motyw Lorne Balfe z trzeciej odsłony serii. Francuscy kompozytorzy Olivier Deriviere, czy też Inon Zur od lat zachwycają słuchaczy świetnymi ścieżkami dźwiękowymi do gier. I tu nawet nie chodzi, że Ci wszyscy kompozytorzy musza się znaleźć, skoro jak widzimy grana była muzyka nieobecnego Michaela Giacchina. Ale jest to już teraz gdybanie nad rozlanym mlekiem i jedyne co pozostaje to spory zawód tą galą. Jeżeli organizatorzy tym koncertem chcieli zmienić nastawienie sceptyków, którzy traktują muzykę do gier, jako tę niższej kategorii to niestety osiągnęli efekt przeciwny od zamierzonego.

Relacja: Maciej Wawrzyniec Olech

FMF YOUNG ORCHESTRA PLAYS MONSTER MOVIE MUSIC MADNESS
& THE ART OF INSPIRATION LIVE MUSICAL PERFORMANCE AND PAINTING




Dla wszystkich zawiedzionych zeszłodniową Wielką Galą, niedzielny (prawie) poranny koncert FMF Youth Orchestra: Monster Movie Music Madness w Centrum Kongresowy ICE oferował pewne zadośćuczynienie. Muzyki FMF Youth Orchestra pod batutą Moniki Bachowskiej zagrali bowiem tematy z takich klasyków jak King Kong, Alien Aliens, Jurassic Park, Jaws, czy Gremlins. Choć motywem przewodnim miały być potwory muzyka grana nie tyle nie była potworna, a wręcz przeciwnie. Znowu można się było poczuć, że bierze się udział w festiwalu muzyki filmowej słuchając jak ci młodzi muzycy doskonale wykonują te filmowe i muzyczne klasyki. Szczególnie wykonanie muzyki z Gremlinów Jerry'ego Goldsmitha wprawiła salę w świetny nastrój, że aż owy kawałek zagrany został na bis.

Również w Centrum Kongresowym odbyło się ciekawe artystyczne wydarzenie, które niby z jednej strony podchodziło pod panel, ale w dużej mierze też pod koncert. Organizatorem była słynna wytwórnia Varese Sarabande i postawiła na dość ciekawe doświadczenie. Trójka solistów Austin Wintory (fortepian), Tina Guo (wiolonczela) i Sara Andon (flet) grało na żywo zaś pochodząca z Kostaryki artystka Angela Bermudez malowała inspirując się ich muzyką. W pewnym sensie wszyscy się nawzajem wzorowali, gdyż mieliśmy do czynienia z jedną wielką improwizacją. Muzyki grali patrząc jak biała płachta zamienia się w obraz, zaś malarka tworzyła go w rytm granym melodii.



Było to bardzo ciekawe i niezwykłe doświadczenie zwieńczone sympatycznym panelem z artystami prowadzone przez niezawodnego Roberta Townsona z Varese Sarabande. Szkoda tylko, że koncert FMF Youth Orchestra zakończył się równo z początkiem The Art of Inspiration. Jakaś półgodziny różnicy między obydwoma wydarzeniami, a może nawet 15 minut, byłoby lepsze niż później tłum ludzi wchodzących w trakcie kiedy artyści już grają/malują.

Relacja: Maciej Wawrzyniec Olech

CASINO ROYALE (LIVE IN CONCERT)



Na finał 11. Festiwalu Muzyki Filmowej przygotowano w Tauron Arenie koncert Casino Royale Davida Arnolda. Rok temu Titanic tym razem pierwszy film z Danielem Craigiem jako Agentem 007 z muzyką na żywo miał zwieńczyć to święto muzyki filmowej. Jednak podstawowym pytaniem, jakie zadawało sobie wiele fanów, to czy David Arnold pojawi się na nim? Patrząc ile osób się nie pojawiło, wiele szkicowało najczarniejsze scenariusze. Jednak ostatniego dnia na koncercie pojawił się brytyjski kompozytor. W dość nietypowym dla FMFu stylu, przeprowadzony został z nim krótki wywiad, czy też bardziej grzecznościową rozmowę, na scenie Tauron Areny, zaraz przed koncertem. Arnold w nim powiedział, że w Casino Royale James Bond dopiero zaczyna swą karierę, dlatego też nie od razu usłyszymy jego słynny temat, gdyż najpierw musi on na niego zapracować.

Orkiestrą Sinfonietta Cracovia dyrygował Gavin Greenway i już na początku mieliśmy ciekawą sytuację. A mianowicie jak na film o 007 nie mogło się odbyć bez specyficznej czołówki. Tę w Casino Royale wykonuje niedawno tragicznie zmarły Chris Cornell. Podczas tego koncertu jego głoś leciał z playbacku, zaś orkiestra grała na żywo. Było to dość ciekawe podejście, gdzie jednak można było dość mocno usłyszeć różnicę, między nagraniem, a muzyką na żywo.

Co do reszty projekcji filmu/koncertu nie można mieć więcej zastrzeżeń. Muzycy dobrze wykonywali score Davida Arnolda, szczególnie kiedy wchodziła w grę potężna muzyka akcji. Zaś widownia mogła się nim cieszyć, jak też po raz kolejny przekonać jakże dobry jest film Martina Campbella, jak świetny jest Daniel Craig jako James Bond i jakże trudno oderwać oczu od pięknej Evy Green. Połączenie jej gracji ze ślicznym tematem Vesper, postaci przez nią grającej, wypadało świetnie w krakowskiej arenie. Najlepsze wrażenia, tak jak powinno być, przyszły na finał. Każdy kto zna widział Casino Royale doskonale zna świetne zakończenie tego filmu, kiedy po raz pierwszy 007 wygłasza kultowe "Bond, James Bond",. Wtedy też po raz pierwszy pojawia się słynny bondowski temat, który tego wieczoru zagrał na gitarze sam David Arnold. Pod koniec filmu brytyjski kompozytor niczym tajny szpieg, niepostrzeżenie wślizgnął się, aby potem wykonać z orkiestrą ten kultowy motyw. Było to bardzo mocne zakończenie tego koncertu, jak i też całego festiwalu. Przez te parę minut David Arnold dał się poznać od swojej najlepszej strony i pozostawał tylko żal, że nie było go w Krakowie dłużej.



Relacja: Maciej Wawrzyniec Olech

PANELE FESTIWALOWE

Niedosyt nie był tylko związany z krótką obecnością Davida Arnolda, ale ogólnie wielu festiwalowych gości. O ile na przestrzeni lat krakowski festiwal dał się poznać jako miejsce, gdzie miłośnicy muzyki filmowej mieli możliwość poznania lepiej swoich idoli, tak w tym roku było to mniej odczuwalne. Dobrze, że David Arnold pojawił się na finałowym koncercie, ale szkoda że nie odbył się żaden panel z nim, który na pewno cieszyłby się dużą popularnością. Wiadomo, że festiwal to nie tylko wspólna fotka i autograf od kompozytora/muzyka, ale w pewnym jest to też jego częścią. W tym roku publiczność musiała się pogodzić z nieobecnością Clinta Mansella, Michaela Nymana, o braku Alana Menkena, czy Michaela Giacchino nie ma co wspominać mimo, że ich muzyka była ważną częścią tego festiwalu. Utwory Giacchino grane sa już na nim od paru lat, ale zważywszy jak pracowity jest to kompozytor to można zrozumieć, że o wolny termin trudniej. Z drugiej strony w przeszłości pojawił się Hans Zimmer, czy Alexandre Desplat, którzy na brak zajęć nie mogą narzekać. Plus jeżeli mamy do czynienia z "Najlepszym festiwalem muzyki filmowej na świecie", to można oczekiwać obecności najlepszych.



Tegoroczne panele i spotkania z twórcami, można rzec, przyjęły bardzo patriotyczny charakter, gdyż mieliśmy głównie do czynienia z polskimi twórcami. Na pewno jednym z ciekawszym było spotkanie z Agnieszką Holland, Janem A.P. Kaczmarkiem i Antonim Komasą-Łazarkiewiczem, gdzie polska reżyserska po raz kolejny dała poznać swoją silną osobowość. Obaj panowie byli zdecydowanie w jej cieniu, na tym spotkaniu. Aż chciałoby się zadać jej parę pytań, obu kompozytorom też, ale niestety nie było to możliwe. Szkoda, tym bardziej, że nie był to odosobniony przypadek i na wielu panelach dyskusyjnych nie było miejsca na dyskusję z publicznością.

Co do patriotycznego charakteru spotkań to idealnie oddawały je właśnie te zorganizowane w ramach Scoring4Polish Directors, które miejscami przypominały trochę scenę, gdzie polscy twórcy mogą się wypromować. Nie żeby w tym było wyłącznie coś złego, ale gdzieś zabrakło miejsca na jakąś poważniejszą, czy ciekawszą dyskusję i to nie tylko stanie polskiej kinematografii i związanej z nią muzyką filmową.

Zdecydowanie lepiej wypadł panel o wplątywaniu muzyki ludowej, regionalnej do muzyki filmowej, w której udział wzięli Atli Örvarsson, Esther Ovejero, Elliot Goldenthal, Austin Wintory i Marcin Przybyłowicz prowadzone przez Tima Greivinga. Wspomniany panel z Austinem Wintorym, Tiną Guo, Sarą Andon, Angelą Bermudez i Eimear Noone prowadzony przez Roberta Townsona po wspomnianym świetnym "The Art of Inspiration" był na pewno ciekawy. Szczególnie, że sam Austin Wintory był bardzo rozmowny i swoją energią z czasem sam przejął kontrolę nad panelem. Co prawda pod koniec znowu nie było miejsca na pytania od publiczności, to na szczęście goście nie opuścili szybko Sali Kongresowej i później w holu można było sobie spokojnie z nimi porozmawiać, porobić zdjęcia i otrzymać autografy. Przez ten czas można było poczuć dobry, przyjazny klimat FMFu.



Tematycznie na pewno ciekawy były panele o prawnym aspekcie wykorzystywania muzyki w filmie. Jak i też prowadzony Gary'ego Marlowe panel o krytykach muzyki filmowej i ich roli, w którym udział wzięli inni krytycy, dziennikarze, tacy jak Ray Bennet, Eleni Mitsiaki, Artur Filipowicz, Kinga Wojciechowska i Gorka Oteiza. Tylko znowu szkoda, że nie była czasu i miejsca na pytania publiczności. Tym bardziej, że nie brakowało na salach, osób z branży, zajmujących się pisaniem o muzyce filmowej, jak chociażby nas, którzy jednak mieli trochę pytań i wątpliwości. I niestety nie otrzymaliśmy na nie odpowiedzi, ani sugestii, przez co mogło się nasunąć brutalne pytanie na ile należy słuchać, ufać krytykom, dziennikarzom, jeżeli nie mają czasu, ani kontaktu z ich potencjalnymi czytelnikami?

Relacja: Maciej Wawrzyniec Olech

PODSUMOWANIE

Po usłyszeniem programu tegorocznego Festiwalu Muzyki Filmowej i wraz z kolejnymi informacjami, kogo z kompozytorów na nim nie będzie, nie będziemy ukrywać, że zaczęliśmy pisać dość czarne scenariusze. Na szczęście jak co roku, od w sumie już 11 lat, festiwal wciąż oferował wiele wrażeń. Symptomatycznym jest, że w tym roku, akurat były nimi te mniejsze, mniej reklamowane i popularne koncerty i wydarzenia. "Dance2Cinema" w Muzeum Inżynierii Miejskiej, dalej zaliczamy do jednych z jaśniejszych, jak nie najjaśniejszych momentów 11. FMFu. FMF Youth Orchestra dostarczyła nam filmowo-muzycznych wrażeń, których zabrakło nam Wielkiej Gali minionego dnia. Zaś połączenie muzyki z malarstwem było niezwykle oryginalnym i ciekawym doznaniem. Nie oznacza też, że wszystkie większe koncerty były zły. Pokaz Pięknej i Bestii z okazji Dnia Dziecka należy uznać za udany, szczególnie widząc i słysząc później zadowolenie wśród tej najmłodszej publiczności. Zaś finałowy koncert Casino Royale miał się prawo podobać, szczególnie dzięki mocnej kropce nad i w wykonaniu Davida Arnolda i jego krótkiego acz efektownego wystąpienia.

I nie chcemy też wszystkiego krytykować dla zasady, gdyż jak co roku poza koncertami, panelami FMF sprawił, że Kraków stał się miejscem, gdzie przez te parę dni miłośnicy muzyki filmowej mogli się spotkać, porozmawiać i wymienić opiniami. Pod tym względem festiwal jest dalej niezawodny i jak co roku mamy masę wrażeń, anegdotek i niezapomnianych chwil z niego.

Tak samo jak trzeba podkreślać wkład FMF w promowanie muzyki filmowej. Tylko, że jak przed dziesięcioma laty festiwal, gdzie celebrowane filmówkę był czymś oryginalnym, wręcz nietypowym, tak teraz koncerty z muzyką filmową stały się niezwykle popularne. Co więcej w ostatnich latach sami kompozytorzy zaczęli wyruszać w trasy koncertowe grając swoje najbardziej znane kompozycje. Nas jako słuchaczy cieszy ta rosnąca popularność (nasze portfele mniej) filmówki i związanych z nią wydarzeń i koncertów, ale właśnie Krakowskiego Festiwalu Muzyki Filmowej są one sporym wyzwaniem, aby dotrzymać im kroku. Trzymamy kciuki, aby za rok nie tylko Hans Zimmer, ale może i Michael Giacchino, Alan Silvestri, James Newton-Howard, John Powell, Danny Elfman, Alan Menken, Thomas Newman, Steven Price, Christopher Young, czy nawet sam John Williams, mogli powiedzieć, że Kraków ma najlepszy festiwal muzyki filmowej na świecie!



Autor artykułu:  Maciej Wawrzyniec Olech
Komentarze
Zibi 2018-06-25 00:07
Z tą doskonałością w - "Monster Movie Music Madness" to bym nie przesadzał. Część wykonania była naprawdę ok, ale niektóre partie, aż roiły się od fałszy i dźwięków, których tam po prostu nie ma... No i faktycznie zazębienie koncertu z panelem Varese to już zakrawa na kpinę z widzów oraz artystów. Tegoroczna edycja FMF wyraźnie słabsza od poprzedniej... Szkoda.
Bromski 2018-06-25 14:48
Koncert Casino Royale świetny i mega dla fanów Bonda. Gala dość przeciętna i trochę żałuję wydanych na nią biletów. Resztę chyba słusznie sobie darowałem. Liczę na poprawę za rok.
Majla 2018-06-25 16:04
Ciekawa relacja, choć sama nie byłabym aż tak krytyczna i miło wspominam ten FMF. Rok temu chyba mieliście także fotorelację z festiwalu, tym razem jej nie będzie? Jak i też relacji z mistrzostw świata, jak to zrobiliście dwa lata temu na euro?

R E K L A M A








NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl

 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2018 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie