Szukaj: w




Dlaczego warto sięgać po muzykę poważną?



Pytanie z pozoru proste, przecież muzyka filmowa wyrosła na kanwie tradycji pielęgnowanych przez wielkich klasyków. Budząca się do życia kinematografia dosłownie wyrwała ją z sal koncertowych, scen teatralnych i oper, rzucając w wir wielkich przeobrażeń kulturowych. Współczesna muzyka filmowa już tylko w śladowym stopniu identyfikuje się z tymi wzorcami. Czemu więc raz na jakiś czas nie pozwolić sobie na powrót do korzeni? Na zaczerpnięcie z tego niewyczerpalnego źródła inspiracji dla współczesnych ikon gatunku...


Symfonie, utwory okolicznościowe, koncerty fortepianowe, smyczkowe i suity – to wszystko chleb powszedni dla wąskiego grona stałych bywalców filharmonii. Szczerze powiedziawszy nigdy nie zaliczałem się do tej grupy. Sale koncertowe odwiedzam sporadycznie i nie dlatego, że wydają się dla mnie zbyt sterylne. Że trzeba uprasować na tę okoliczność koszulę, wypastować buty… Problemem wydaje się również sam repertuar, który dla statystycznego odbiorcy jest mało przystępny i, co tu dużo mówić, nudny. Dlatego też bardziej przemawia do mnie luźna atmosfera panująca na koncertach muzyki filmowej z równie swobodnym, łatwiejszym do przetrawienia programem. Już sam ogrom takiego przedsięwzięcia budzi respekt, a przy odpowiednio dobrym repertuarze i realizacji, gwarantuje niezapomniane wrażenia. Z drugiej strony nie brakuje przeciwników tak intensywnego i hucznego celebrowania soundtracków. Skrajni konserwatyści bez ogródek przyszywają do tego łatkę popcornowej rozrywki. I coś w tym jest, skoro przed każdą tego typu imprezą do barów z przekąskami i napojami ustawiają się w kolejkach dzikie tłumy. Późniejsze mlaskanie, siorbanie i głośne komentowanie skutecznie konkuruje z muzyczną treścią. Te zachowania zawstydza jedynie przedwczesne opuszczanie hali, dające świadectwo o kinowych nawykach odbiorcy. Muzyka staje się więc tutaj mało istotnym elementem imprezy – odskocznią od problemów życia, kolejną okazją do wyrwania się z domu, wypicia i zjedzenia czegoś, ewentualnie pogadania ze znajomymi. Ot taka alternatywa dla kina lub festynu. Ale gdzie w tym wszystkim kontakt ze sztuką? Gdzie obcowanie z dziełem stymulującym intelekt i procesy poznawcze?

Tym co odcina odbiorcę od kultury wyższej nie są wcale chęci, czy też trudność w analizowaniu i przyswajaniu pewnych treści. To wrażliwość muzyczna, o którą w dzisiejszych czasach niezwykle trudno. Nie chodzi tylko i wyłącznie o brak edukacji i kształtowania pewnych podstaw. Pod tym względem też nie jest za ciekawie. Nadrzędnym problemem jest natomiast degradacja muzyki i doświadczenia z nią związanego do zwykłej rozrywki. Owszem, w idealnym świecie stwierdzilibyśmy, że nie istnieje coś takiego, jak wrażliwość muzyczna. Są tylko gusta słuchaczy kreujące takie, czy inne zapotrzebowania rynkowe. Ale nie można nie odnieść wrażenia, że odbywa się to wszystko w odwrotnym kierunku.

Idealnym przykładem jest tutaj ścieżka dźwiękowa. Jako element dzieła filmowego, towarzyszący kinematografii od jej pierwocin (nie tylko rewolucji dźwiękowej), ma swoje piękne tradycje. Sięgają one korzeniami do sztuk scenicznych: oper, baletów oraz innych utworów o charakterze lejtmotywicznym, opowiadających pewne historie. Przenoszenie tych doświadczeń na partytury filmowe odbywało się początkowo w sposób niemalże totalny. Kwestią czasu było jednak wypracowanie odpowiednich stylów i sposobów interpretowania poszczególnych grup obrazów. A akceleratorem tego procesu okazało się wprowadzenie tak zwanego systemu studyjnego, przywłaszczającego sobie talent, doświadczenie i wyobraźnię wybranych kompozytorów. Pierwsze tego typu partytury Steinea, Korngolda czy Waxmana w dalszym ciągu odwoływały się do technik kompozycyjnych, instrumentarium oraz sposobów artykulacji stosowanych od lat w muzyce scenicznej. Aczkolwiek podejmowane w tym czasie eksperymenty pozwoliły wypłynąć muzyce programowej na zupełnie nowe wody w kwestii budowania narracji. Każdy gatunek filmowy wykształcił zbiór uniwersalnych rozwiązań ilustracyjnych ułatwiających komunikację z widzem zarówno na płaszczyźnie dramaturgicznej, emocjonalnej, jak i intelektualnej. W sposób zdecydowany uderzyło to w estetykę muzyki filmowej, czyniąc z niej produkt bardzo funkcjonalny z jednej strony, ale nierzadko także atrakcyjny w treści. Na tyle atrakcyjny, by upatrywać się w niej jednego z elementów promocji obrazu. Służyć miały temu nie tylko utwory specjalnie aranżowane do radiowych emisji, koncertowych wykonań, ale i piosenki filmowe coraz częściej wypełniające przestrzeń publiczną.

Fot. MWO / 10. FMF

Miniony wiek znacząco zmienił wizerunek ścieżki dźwiękowej i podejście do niej. Przeżuta i wypluta na bruk filmowego biznesu, stała się narzędziem w walce o kolejne zyski. Taki obraz pozostawia po sobie nie znoszący sprzeciwu, hollywoodzki mainstream. Ale czy w latach kształtowania się systemu studyjnego było inaczej? Pod wieloma względami tak, ponieważ osobą decyzyjną był dyrektor muzyczny studia. Nie producent, ani tym bardziej reżyser. Już na wstępie eliminowało to brzemienne w skutkach decyzje podejmowane przez ludzi, którzy o muzyce wiedzą albo mało albo wcale. Dzisiejszy rynek filmowy zdominowany jest przez odmierzone od linijki projekty, uwzględniające każdy detal – w tym muzykę. Odgórne plany często rozbijają się o liczne problemy w postprodukcji i wtedy zaczyna się gorączkowe poszukiwanie alternatyw. Szarą codziennością stały się lawinowo płynące zza oceanu historie odrzucania gotowych już ścieżek dźwiękowych, kilkukrotnych zmian na stanowiskach kompozytorskich, czy też wywieranej presji na autorze muzyki. Tworzy to przeświadczenie, że proces twórczy wyparty zastał przez produkcję, z którą walczyć mogą tylko nieliczni w tej branży. Nie dziwne, że wiele osób gubi się w tym wszystkim, zaczynając postrzegać cały gatunek muzyki filmowej jako produkt na sprzedaż. Zdarzają się i tacy, którzy winą za decyzje producentów obarczają ikony gatunku, takie jak Williams czy Zimmer. Rzekomo ich „zgubna działalność” miałaby młodym i utalentowanym twórcom odcinać drogę do mainstreamu. A to dopiero początek długiej litanii wymienianych zarzutów. Karuzela absurdów rozkręca się na dobre...

Czemu o tym wszystkim piszę? Po pierwsze, by ostudzić emocje. Muzyka filmowa ma się całkiem nieźle i nic nie skazuje na to, aby działalność Zimmera, Williamsa, czy innego Tylera zachwiała zdrową równowagę między mainstreamem, a pozostałymi sferami kinematografii. Jasne, pewnych zmian nie jesteśmy w stanie zatrzymać, a decyzji odwołać – jak i nie można było tego zrobić dekady temu, kiedy orkiestrę zaczęła wypierać elektronika. Ale są to kwestie niezależne od nas i (w większości przypadków) od twórców muzyki filmowej. Myślę, że zasadniczym problemem jest roszczeniowe podejście do słuchanych soundtracków i ich twórców oraz zupełny brak zrozumienia do praw rządzących tą branżą. Można z tym walczyć wyciszając emocje, odcinając się od szumu medialnego, plotek i pompowania przysłowiowych baloników. Można też oderwać myśli i ucho od „filmówki”, by popracować nad swoją wrażliwością muzyczną. A jest bardziej sprzyjające ku temu miejsce niż filharmonia, czy opera?

Tak jak w Kościele Katolickim istotnym elementem wzrastania w wierze są ćwiczenia duchowne, tak w przypadku rozwoju wrażliwości niezbędny jest okazjonalny kontakt ze sztuką wyższą. Muzyka jest tylko jednym z bodźców stymulujących te procesy, choć wielu specjalistów powie, że bardzo ważnym. W końcu nie obraz, ale właśnie odpowiednia kombinacja fal dźwiękowych najmocniej ingeruję w wyobraźnię odbiorcy. Lekcja, którą najchętniej zadałbym wszystkim filmowcom, równie dobrze może zostać odrobiona przez zwykłego konsumenta. Przecież to jego decyzje generują popyt i podaż. Tworzą rzeczywistość, w jakiej obraca się cała branża muzyczna. A ilu jest na tym świecie miłośników orkiestrowej muzyki filmowej, którzy nie potrafią odróżnić waltorni od tuby? Niemożliwe? A jednak!

Fot. Agnieszka Deluga-Góra / FN w Warszawie, Nagranie "Mojżesza"

Tak naprawdę inspiracją do napisania tego tekstu były przemyślenia po utworze, jaki miałem okazję ostatnio wysłuchać. Żadną symfonię, uwerturę, czy koncert smyczkowy, a trzygodzinną operę sakralną. To jest dopiero lekcja pokory dla funkcjonującego na wysokich obrotach człowieka! Przynajmniej w teorii, bo praktyka pokazała coś zupełnie innego. Potencjalnie męczące i trudne w odbiorze słuchowisko okazało się jednym z najlepszych doświadczeń muzycznych, jakich ostatnio doznałem. Cóż to za dzieło?

Mojżesz autorstwa Antona Rubinsteina. Nie kojarzycie? Nic w tym dziwnego, gdyż 15 października w warszawskiej Filharmonii Narodowej odbyła się jej światowa prapremiera. Zaraz, zaraz… Ale jak to? Stuletnia kompozycja, a jeszcze nigdy nie była oficjalnie zaprezentowana? Była, choć nie w całości, a już na pewno nie w takiej formie, w jakiej życzyłby sobie tego sam autor. Przez lata była bowiem na cenzurowanym za tematykę i treść, a po największej z wojen po prostu świat o niej zapomniał. Dzięki staraniom Michaiła Jurkowskiego miało się to zmienić. To on odnalazł i „wziął na warsztat” dzieło Rubinsteina, który w kwestiach orkiestracyjnych nie był ponoć najmocniejszy. Wielomiesięczną, tytaniczną pracę, ostatecznie udało się doprowadzić do końca, angażując do wykonania Sinfonię Iuventus oraz Chór Filharmonii Narodowej. I jak na rasową operę przystało, na scenie nie mogło zabraknąć również „aktorów” – solistów płynnie prześlizgujących się po ambitnym libretto. Podział kompozycji na osiem symbolicznych obrazów usystematyzował całą historię tytułowego bohatera, przeprowadzając słuchacza przez koleje jego losów: od narodzin, poprzez słynne wyprowadzenie izraelitów z Egiptu, aż po pełną patosu śmierć. A jako, że tekst prezentowany był w oryginale, po niemiecku, przydatnym narzędziem okazały się tłumaczenia zawarte w programie. Dopiero głębsze „wejście” w libretto pozwoliło delektować się warstwą muzyczną: detalami aranżacyjnymi i sugestywnością niektórych fragmentów ocierających się miejscami o baletową finezję. Odbiór tej pracy z pewnością ułatwiało mi zamiłowanie do partytur Miklosa Rózsy z epickiego kina biblijnego. Mojżesz odcinał się jednak od lejtmotywicznego programu cechującego kompozycje Węgra. Co więc sprawiało, że te trzy godziny minęły niepostrzeżenie?

Myślę, że skala tego przedsięwzięcia, która w zderzeniu z tematyką biblijną i wybornym wykonaniem nie pozostawiała przestrzeni do jakiejkolwiek nudy. Pomocna okazała się również… wrażliwość muzyczna pielęgnowana okazjonalnym sięganiem po klasykę. Nie trzeba wcale żadnej wiedzy muzykologicznej lub wielkiego doświadczenia, aby czerpać nieskrywaną przyjemność z odkrywania historii i emocji kryjących się na kartach partytur Wagnera, Czajkowskiego, Prokofiewa, czy Holsta. Nie popadając przy tym w skrajności, można również utwierdzić się w przekonaniu, że muzyka jest nie tylko narzędziem w rękach wybranych osób, czy instytucji. Także nośnikiem pewnych uniwersalnych treści nieosiągalnych dla innych dziedzin sztuki.

Pech chciał, że kilka dni po tym budującym doświadczeniu miałem okazję wziąć udział w innym evencie, mianowicie w symultanicznym wykonaniu na żywo muzyki podczas projekcji pewnego znanego filmu. Zasiadając na jednym z kilku tysięcy krzeseł poczułem się jak kura w fermie drobiu. Dosłownie, bo zajadająca się popcornem i nachosami widownia (w końcu przyszli obejrzeć film, a nie muzyki posłuchać), zostawiła po sobie trudny do opisania bałagan. Mimowolnie nasuwały się skojarzenia z atmosferą panującą na gminnych festynach. Oczywiście nie ujmowało to geniuszowi prezentowanej oprawy muzycznej, ale zaburzyło w jakimś stopniu jej odbiór. Czy jednak zniechęciło do brania udziału w kolejnych tego typu wydarzeniach? Na pewno nie. Trudno bowiem zrzucić odpowiedzialność na organizatorów za wrażliwość odbiorcy – nawet tego deklarującego się jako miłośnika ścieżek dźwiękowych. Niestety, popularyzacja i pluralizacja muzyki (także tej filmowej) odcina słuchacza od jego sfery emocjonalnej. Dowodzą tego kryteria oceny, wśród których coraz częściej wymienia się „klimat” i melodykę. Jedynym lekarstwem na przywrócenie tej wrażliwości wydają się daleko idące zmiany w edukacji muzycznej i systematyczne zachęcanie do poznawania i doświadczania szeroko pojętej muzyki poważnej. W domowym zaciszu, operze, czy filharmonii...



Autor artykułu:  Tomek Goska
Komentarze
Paweł 2017-11-01 18:41
Zgadzam się z Panem całkowicie. Muzyka filmowa wyszła z takich klasycznych tradycji, ale i już prawie do nich nie nawiązuje. Kiedy jeszcze nie było filmów, były przedstawienia i były też swoiste soudtracki do nich, które niejednokrotnie uzyskiwały samodzielną tożsamość, abstrahując od samego przedstawienia. Chociażby Sen Nocy Letniej Mendellshona, czy Peer Gynt Griega. Także obserwuję, że programy placówek filharmonicznych bywają zaporowo trudne, a koncerty muzyki ilustracyjnej przesycone nonszalancją i biesiadnym luzem audytorium. Coraz rzadziej bywam na jednych i na drugich. Z ubolewaniem zarzucam wielu współczesnym soundtrackom filmowym brak wizji i spójnej całości. Jakże często jest w nich powtarzanie do znudzenie dwu tematów w opracowaniu na odmienne partie instrumentów i nic więcej. Jak im daleko do kantaty filmowej Aleksander Newski Prokofiewa. Jak rzadko objawia się coś na obraz Portretu damy Kilara, Do Juana de Marco Kamena, czy Dawno temu w Ameryce Morricone. Szkoda też, że naprawdę wybitne dokonania nie korzystają z walorów instrumentarium klasycznego. Ile bym dał za możliwość nabycia na płycie kantaty filmowej 1492 - Podbój raju Vangelisa nie w wersji elektronicznej, tylko nagranej tak, jakby była samą Carminą Buraną Carla Orffa.
Paweł 2017-11-01 19:09
A jeszcze na koniec, może by trzeba było Panie Tomaszu zacząć trochę ludziom tłumaczyć, że wspomnianemu w artykule Williamsowi często zdarzały się plagiaty, i że niby jego utwór ze ścieżki do Monachium to tak naprawdę Wełtawa z Mojej Ojczyzny Bedricha Smetany, że kultowe akordy ze Szczęk pochodzą z Bitwy na lodzie wspomnianego już Aleksandra Newskiego, że taka pioseneczka All by myself z Dziennika Bridget Jones to wielki koncert fortepianowy Sergiusza Rachmaninowa i wiele temu podobnych rzeczy.
Tomasz Goska 2017-11-01 23:16
Dzięki za miłe słowa. Na pewno kwestia inspirowania się klasyką jest cechą i problemem wielu twórców muzyki filmowej. Inni robią to bardziej ostentacyjnie, a inni mniej. Nie traktowałbym Williamsa na jednej linii z osobami, które z braku laku sięgają po klasykę do swoich prac. Jeżeli pojawiają się jakieś cytaty, to zapewne mają swoje uzasadnienie w tematyce filmu lub strukturze pracy. Gorzej z tymi twórcami, którzy czynią to bez większej idei. Zresztą we współczesnej filmowej muzyce chyba nie ma kompozytorów, którzy świadomie lub nie zaglądaliby na karty partytur klasyków. Wszystko rozbija się o intencje.

R E K L A M A







NASI PARTNERZY:



Poki.pl
Grydladzieci.pl

 
Strona hostowana przez
www.twojastrona.pl
Copyright © 2005-2017 FilmMusic.pl.
Wszelkie materiały multimedialne wykorzystane na tej stronie służą jedynie celom informacyjnym.
Projekt i wykonanie